BEYOND PINK



Ultimate Ecstasy by Unknown Artist

Dear PINK’s

To jedna z tych chwil, kiedy nie wiem co mam myśleć, i być może potrzebuję, by mnie ktoś ujął za rękę.

PINK NOT DEAD!

maurycy

LE VOL MAGIQUE



Lucifer, Liege, Belgia; Guillaume Geefs; photo: Luc Viatour

Dear PINK’s

Wiosna długa bo chłodna, ostatnio przez chwilę okrutnie słotna ale że dziś słońce promieniste wyzłaca Warszawę a zapach kwiecia nocami wciąż upajający korzystam z okazji by zaserwować na różowym forum najbardziej może oszałamiający hymn na cześć odradzającego się świata jak powstał w literaturze zachodniej. Jest to fragment z Costerowskiego Dyla Sowizdrzała – cudowny ten “vol magique” zafundował mi JWG już za młodu. Wracałem do niego w najdziwniejszych konfiguracjach czasu i przestrzeni a zawsze z satysfakcją i wzruszeniem. Kilkakrotnie miałem okazję czytać go na głos: po raz pierwszy dobrych dwadzieścia lat temu w sylwestrowy wieczór, dla grupy młodych łobuzów zebranej w beskidzkiej chacie – butne te chłopaki słuchały z rozdziawionymi paszczami 🙂 Później przy okazji wykładu “Szczękoczułki i nogogłaszczki” który miałem przyjemność wygłosić w ramach cyklu “Moja historia sztuki” organizowanego w Laboratorium CSW przez Pawła Polita. Mam nadzieję, że podniesie on temperaturę krwi również u czytelników różowych stronic 🙂 Chwała Lucyferowi, Chwała Królowi Wiośnie!

PINK NOT DEAD!

maurycy

(…)

Ujrzeli tam, nieco zatrwożeni, nagiego olbrzyma, olbrzyma Zimę o kudłach płowych, siedzącego na lodowcach, pod murem z lodu. Wokół niego rycząca trzoda fok i niedźwiedzi taplała się w kałużach. Głosem chrypliwym przyzywał to grad, to śnieg, to zimną ulewę, to mgły rudawe a cuchnące, to wiatry, spomiędzy których dmie najgwałtowniej zajadły Boreasz. A wszystkie one srożyły się na wyprzódki w tym miejscu ponurym.

Uśmiechając się do tych plag olbrzym wylegiwał się na kwiatach, co zwiędły od jego ręki, na liściach, które wysuszył swoim tchnieniem. Potem nachyliwszy się jął rozgrzebywać ziemię pazurami, gryźć zębiskami, ryć otwór, aby dobrać się do jej serca, pożreć je i tym sposobem obrócić lasy cieniste w węgiel, zboże w słomę, a żyzną glebę w piach. Ale że serce ziemi jest z ognia, nie poważył się go dotknąć i cofnął się, przestraszony.

Tronował niczym król, popijał tran z czary, a wokół niego był dwór złożony z niedźwiedzi i fok i walały się szkielety tych wszystkich, których pozabijał na morzu, na ziemi i w ubogich lepiankach. Słuchał z lubością, jak ryczą niedźwiedzie, beczą foki, szczękają szkielety ludzkie i zwierzęce, trącane łapami kruków i sępów szukających ostatniego kawałka mięsa, wsłuchiwał się w łoskot lodowców, które wpadają na siebie, pędzone mętnawą falą.

A głos olbrzyma był niby ryk huraganu, wycie burzy zimowej i świst wichru hulającego w kominie.

– Zimno mi i boję się – ozwał się Sowizdrzał.

– Bezsilny jest wobec duchów – odrzekła Nele.

Nagle między fokami powstało nadzwyczajne jakieś poruszenie – co prędzej chlupnęły w wodę; niedźwiedzie tuląc uszy ze strachu zaryczały żałośnie, a kruki kracząc lękliwie i niespokojnie znikły w chmurach.

I oto Nele i Sowizdrzał usłyszeli głuche walenie taranem w lodowy mur, o który wspierał się olbrzym Zima. I mur pękał i chwiał się w posadach.

Lecz olbrzym Zima nic nie słyszał – wył, ujadał radośnie, napełniał czarę tranem, wychylał ją i szukał serca ziemi, aby je zmrozić, ale dotknąć go nie śmiał.

Tymczasem taran walił coraz donośniej, ściana rozpadała się już, a bryły lodu, łupiąc się w kawałki, padały niby grad wokół olbrzyma.

A niedźwiedzie ryczały bez przerwy żałośnie, a foki podnosiły lament pluskając się w mętnawych wodach.

Mur zwalił się, niebo się wypogodziło; człowiek jakiś zstąpił zeń, piękny i nagi, wspierający się dłonią na złotej siekierze. A człowiekiem tym był Lucyfer, król Wiosna.

Zoczywszy go olbrzym cisnął daleko czarę pełną tranu i jął błagać Lucyfera, by darował mu życie.

I pod ciepłym tchnieniem króla Wiosny olbrzym Zima zesłabł całkiem. Król wziął wtedy diamentowe łańcuchy, spętał go i przykuł do bieguna.

I stanąwszy zakrzyknął, ale tkliwie, miłośnie. I z nieba zstąpiła kobieta jasnowłosa, piękna i naga. A zbliżywszy się do króla, rzekła:

– Zwyciężyłeś mnie, człowieku silny.

On zaś na to:

– Kiedy będziesz głodna, jedz; kiedy będziesz spragniona, pij; jeśli ogarnie cię trwoga, przytul się do mnie, bom twój samiec.

– Ciebie tylko jestem głodna i spragniona.

Król siedmiokroć zakrzyknął groźnie. Huknęły gromy, zajaśniały błyskawice, a za nim rozpostarła się opona cała ze słońc i gwiazd. I oboje usiedli – każde na swoim tronie.

A wtedy król i niewiasta zakrzyknęli, lecz ani drgnęły im twarze szlachetne i nie uczynili żadnego gestu, który nie licowałby z ich majestatem i siłą.

Na ten zew ziemia, opoka i lodowce zafalowały rytmicznie. A Nele i Sowizdrzał usłyszeli kołatanie, jakby olbrzymie ptaki rozbijały dziobami skorupę gigantycznych jaj.

I wśród potężnych drgań gruntu, co wznosił się i opadał niby morskie fale, wyłaniały się kształty jajowate.

Nagle wyrosły zewsząd drzewa splatając uschłe konary – a pnie zataczały się niby pijacy. Rozsunęły się zostawiając pustą przestrzeń i z gruntu rozfalowanego wyszli geniusze ziemi; z głębi borów ukazały się duchy lasu; z morza pobliskiego wyszli geniusze wód.

Sowizdrzał i Nele ujrzeli koboldów garbatych, kosmatych, szerokołapych, szpetnych i strojących miny: byli to strażnicy skarbów – książęta klejnotów; ludzi leśnych żyjących jak drzewa – mają oni zamiast ust i żołądka brody z korzeni, które zapuszczają w łono ziemi i wysysają pokarmy;  cesarzy drogocennych kruszców – są to stwory nieme, pozbawione zarówno serca, jak i wnętrzności, a poruszają się niby świecące automaty. Były tam też karły z krwi i kości – karły o jaszczurczym ogonie, a głowie ropuszej, opatrzonej latarenką; potworek taki wskakuje nocą na grzbiet pijanego czy lękliwego wędrowca, potem złazi i wymachując latarenką wciąga go w mokradła albo w jakąś dziurę – biedak sądzi bowiem, iż owa latarenka to stoczek płonący u niego w domu.

Były dziewczęta-kwiaty: kwiaty siły kobiecej i kobiecego zdrowia, nagie, lecz nie rumieniące się wcale, dumne ze swojej urody, okryte jedynie płaszczem włosów.

Oczy ich błyszczały wilgotno niby wnętrze muszli w wodzie; ciało miały jędrne, białe i ozłocone światłem; z warg szkarłatnych i rozchylonych ulatywała woń cudniejsza niźli woń jaśminu.

One to błąkają się wieczorami po parkach i ogrodach, w leśnym gąszczu albo po ścieżkach cienistych, chutliwe i polujące na męską duszę, aby nią zawładnąć. Jeśli nawinie im się chłopak spacerujący z dziewczyną, rade by ją zabić, ale że nie mają takiej siły, budzą w dziewuszce żądzę miłosną, aby poniechawszy resztek oporu oddała się kochankowi, bo na dziewczęta-kwiaty przypada połowa uścisków.

Sowizdrzał i Nele widzieli też, jak z nieba wysokiego sfruwały duchy opiekuńcze gwiazd, wiatru i deszczu, i skrzydlaci młodzieńcy, którzy zapładniają ziemię.

Potem ze wszystkich stron nieba nadleciały ptaki dusz, jaskółki najmilsze. Kiedy się pojawiły, światło mocniej rozgorzało. Dziewczęta-kwiaty, książęta klejnotów, cesarze kruszców drogocennych, ludzie leśni, duchy wody, ognia i ziemi, wszyscy zawołali chórem:

– Światłość! Nasienie! Chwała królowi Wiośnie!

Chociaż ów krzyk był potężniejszy niźli huk fal szalejącego morza, gromu i rozpętanej wichury, zabrzmiał nicy muzyka uroczysta w uszach Nele i Sowizdrzała, co nieruchomi i milczący przycupnęli za chropawym pniem dębu.

Ale przestraszyli się jeszcze bardziej, kiedy duchy, tysiącami, dosiadły olbrzymich pająków, ropuch o słoniowych trąbach, krokodyli, co gromadą stojąc na ogonie trzymały w pyskach grona duchów; węży – na falującym grzbiecie każdego siedziało okrakiem ponad trzydziestu karłów i karlic – kiedy pojawiło się sto tysięcy owadów niż Goliat większych, uzbrojonych w miecze, dzidy, kosy zębate, widły siedmiozębne i wszelakie inne przeokropne żądła zadające śmierć. Walczyły wśród potwornego zgiełku, silniejszy pożerał słabszego, a tucząc się nim dawał świadectwo, że Śmierć powstaje z Życia, Życie – ze Śmierci.

Nad ciżbą tych owadów, mrowiącą się, zwartą i różnorodną, unosił się głos podobny głuchemu gromowi, któremu towarzyszy stukanie i zgrzyt stu warsztatów tkackich, foluszniczych i ślusarskich pracujących jednocześnie.

Nagle zjawiły się duchy nasienia: krótkie, przysadziste, o lędźwiach pękatych niby wielka beka heidelberska, udach grubaśnych niczym baryłki wina, mięśniach tak potężnych i osobliwie ukształtowanych, iż myślałbyś, że te ciała zlepiono z jaj, małych i wielkich, łączących się ze sobą i obciągniętych skórą czerwonawą, tłustą i lśniącą tak samo jak rzadki zarost i ryże czupryny tych stworów; a niosły one ogromne puchary napełnione przedziwnym likworem.

Zoczywszy ich z dala, duchy zatrzepotały z radości; drzewa i rośliny zakołysały się, a ziemia pękła, żeby pić.

I duchy nasienia nalały wina: wszystko w oka mgnieniu puściło pąki, zazieleniło się, rozkwitło; trawa zaroiła się od szeleszczących owadów, w niebo wzbiły się chmary ptactwa i motyli; a duchy wciąż nalewały wina i wszystko stworzenie piło pełnymi ustami; dziewczęta-kwiaty rozchylały wargi albo wskakiwały ryżym podczaszym na grzbiet – całowały ich wtedy, aby nachłeptać się jeszcze; inne stwory składały ręce na znak błagania; inne znów rozdziawiały gębę z błogim wyrazem i przyjmowały tę rosę; ale wszystko to – łapczywe albo spragnione, latające, stojące, biegające czy nieruchome – szukało wina i ożywało mocniej za każdą zdobytą kroplą. Nie było tu starców: każdy, piękny czy brzydki, tryskał jurną siłą i rześką młodością.

Śmieli się, wrzeszczeli, śpiewali, goniąc się po drzewach jak wiewiórki, a w powietrzu niby ptaki – i każdy samiec upędzał się za swoją samicą, i czynił pod Bożym niebem święte dzieło przyrody.

Duchy nasienia podały królowi i królowej pełen puchar wina. A król i królowa wypili i sparzyli się.

Potem król, trzymając królową oplecioną wokół niego, skropił resztą nektaru drzewa, kwiaty i duchy i zawołał:

– Chwała Życiu! Chwała wolnym Przestworzom! Chwała Sile!

(…)
*

Karol de Coster
Legenda jako też bohaterskie wesołe i sławne przygody Dyla Sowizdrzała i Januszka Poczciwca w krajach flamandzkich i gdzie indziej
PIW, Warszawa 1955
rozdział LXXXV
tłumaczył Julian Rogoziński

link do wersji angielskiej

* wielkie podziękowania dla Miss Shuriken za smukłe paluszki szybko śmigające po klawiaturze 🙂

minimal fetish LeTo

otwarcie wystawy i prezentacja albumu, 17 maja, poniedziałek, godz. 19.00, Galeria LeTo – Hoża 9c, 00-528 Warszawa, wystawa otwarta do 16 czerwca 2010, http://www.leto.pl/



mf_Book page 100

Dear PINK’s

Minimal fetish to kolejny mój projekt o charakterze typologii. Jest to próba uporządkowania niektórych, szczególnie silnie na mnie działających, przypadków estetyzacji doświadczenia erotycznego. Efektem jest książka, rodzaj specyficznego elementarza, którego zasadniczą intencją jest rewizja i prezentacja szeregu fetyszystycznych zdarzeń w ich esencjonalnych przejawach. Jako, że fetyszyzm i erotyzm są sferami zdeterminowanymi przez personalną perspektywę, wybór przypadków jest tu całkowicie arbitralny. Projekt nigdy nie aspirował do bycia uniwersalnym glosariuszem fetyszystycznych fantazji. Ponieważ jednak opisuje detonatory pożądania, swoistą kulminacje wyobrażeń jaką są fantazmaty wcielone, istotne było dla mnie tak to aby zintensyfikować doświadczenie jak i to aby prezentowane przypadki były komunikatywne w sposób natychmiastowy – stąd decyzja o posłużeniu się minimalizmem jako formułą wiążącą je w całość. Redukcja jest drogą do syntezy, a ta ujawnia i eksponuje istotę zjawisk.

Estetyka i erotyka powiązane są ze sobą w sposób ścisły. Piękno jest oczywistym motorem rozkoszy zaś jego definicja jest czymś szalenie indywidualnym. Osmoza jednak pomiędzy tymi jego formami, które postrzegane są jako przypisane do tzw. “wysokiej kultury” a innymi bardziej “popularnymi” jego przejawami wydaje się czymś bezspornym i szalenie żywym, co jak sądzę widoczne jest również w tym przedsięwzięciu. Sublimacja piękna służąca konfirmacji tegoż, jako wartości i jakości samej w sobie, wydaje mi się możliwa właśnie i przede wszystkim w obrębie takiego dialogu.

Minimal fetish jest projektem, który powstawał w ciągu wielu lat dlatego też materiał jaki składa się na tę książkę nie jest jednorodny. Projekt wyodrębnił się z poszukiwań fotograficznych w obrębie minimalizmu lirycznego i antropologii popkultury. Próbując porządkować go chronologicznie – zaczynałem od zdjęć robionych na marginesie codzienności, testując dostępność i powszedniość fetyszu by konsekwentnie grawitować w kierunku alkowy, rejestrując detale estetycznej rytualizacji doświadczenia seksualnego by ostatecznie zająć się sensu stricto kolorem (czy wręcz hiper-kolorem vide wystawa) jako integralnym elementem doświadczenia rozkoszy. Intensywny kolor jest jednym z najbardziej fundamentalnych kodów seksualnej atrakcyjności w przyrodzie. Tak dzieci jak ludzie “dzicy” są maksymalnie responsywni wobec jaskrawych barw, dopiero szablonowa edukacja estetyczna, fałszywe wyobrażenie klasycznego piękna, demon dobrego gustu degenerują tę wrażliwość. Dla mnie dźwięczny kolor pozostaje bardzo silnym stymulatorem, determinuje emocje, jest ekscytujący, dostarcza radości i satysfakcji. Nie zamierzam z niego rezygnować – istotny jest dla mnie tak w życiu, jak w kulturze i w łóżku.

Minimal fetish jest kolejną okazją dla manifestacji tego co rozumiem i propaguję jako kulturę rozkoszy i to nie tylko przez swoją tematykę i użyte środki wyrazu lecz również ze względu na dynamikę samego projektu. Znaczna część wykorzystanych tu zdjęć powstała w sypialni – kostiumy i scenografia były tu traktowane jako amplifikatory rozkoszy a nie jedynie jako elementy wyestetyzowanego obrazu – ten był wtórny. W dyskursie o kulturze rozkoszy połączenie pracy i seksualnej przyjemności jest całkowicie konsekwentne i samo w sobie jest jej elementem.

6 maja 2010

PINK NOT DEAD!

maurycy

MINIMAL FETISH Set on flickr

MINIMAL FETISH UV Set on flickr

Facebook | MAURYCY GOMULICKI / MINIMAL FETISH otwarcie wystawy i prezentacja albumu

wywiad (14.IV.2010) – pytania zadaje Paulina Jeziorek

Dlaczego minimal, a nie barok? Skąd ta redukcja?

Redukcja jest drogą do syntezy, a ten projekt ma strukturę elementarza, którego zasadą jest eksponowanie zjawisk podstawowych (w tym wypadku fetyszystycznych detonatorów fantazji i pożądania) w ich esencjonalnych przejawach. Jako, że fetyszyzm i erotyzm są sferami zdeterminowanymi przez personalną perspektywę wybór przypadków jest arbitralny. Istotne było dla mnie to aby były one komunikatywne w sposób natychmiastowy. Minimalizm poprzez redukcję dodatkowych elementów koncentruje naszą uwagę i eksponuje podmiot. Jest funkcjonalny i efektywny pod każdym względem. Traktuję zresztą ten termin w sposób swobodny (nie widzę też i powodu dla którego miałbym być przywiązany do jego akademickiej definicji) – idea jest żywa i słowo jest żywe – detonują nowe kierunki myślenia i działania. Nie miałbym większego problemu również z propozycją taką jak minimal barok.

Nowoczesny erotyzm, taki afirmujący, nie związany z traumami i blokadami, rzadko pojawia się w polskiej sztuce. Jak myślisz, dlaczego?

Erotyzm afirmujący istniał od zawsze. Dlaczego rzadko pojawia się w polskiej sztuce? Przede wszystkim dlatego, że polska kultura nie jest szczególnie sexy. Jakie po temu powody? Wiele chyba oczywistych – bo jesteśmy ludem północy, bo przeorało nas tak wiele nieszczęść, że utożsamiliśmy się z nimi w pewien sposób. Ponieważ przyjemność nijak się ma do patosu. Dlatego iż istotą rozkoszy jest przeżywanie spełnienia w danej chwili, zatracenie się w momencie zachwytu a my zbyt wiele wiemy, zbyt straszne fakty musieliśmy zaakceptować już w kołysce. Upraszczając i brutalizując cycki słabo kwitną w cieniu krematorium. To wszystko również sprawiło, że to, co ważne utożsamiamy z tym co trudne, bolesne – problemy wysuwają się na pierwszy plan a wtedy łatwo zajmując się nimi zapomnieć, że to, co piękne, zachwycające, przyjemne, urocze, miłe, fajne, soczyste, satysfakcjonujące też jest bardzo ważne i jako takie wymaga koncentracji i kultywacji. Dodatkowy amplifikatorem jest tu fakt, że jesteśmy państwem katolickim a Kościół wyrzekł się rozkoszy w imię powagi cierpienia. W chrześcijaństwie seksualność nieuchronnie powiązana jest z grzechem a więc z winą. Afirmatywny erotyzm wymaga zaufania i otwartości.

Na twoich fotografiach przedstawiasz obietnice pokrętnych rozkoszy. Czy już samo przedstawienie jest momentem spełnienia? Po co nam dziś rozkosz w ogóle, skoro większość ludzi na nic nie ma czasu?

Po co żyć jeśli nie ma się na nic czasu? Myślę, że ta generalizacja jest pochopna, żeby nie szukać daleko ultra-dynamiczny rozwój internetu: portali społecznościowych, blogosfery etc. pokazuje, że ludzie mają czas dla tego co dla nich ważne, co ich obchodzi, interesuje. Erotyzm nawet jeżeli występujący z “piętnem” pornografii zajmuje czołowe miejsce w sieci. Czymże innym jest eksploracja pornografii jak nie pogonią za rozkoszą lub choćby jej fantomem? W życiu najistotniejsza jest kontynuacja – prokreacja, której rozkosz jest fundamentalnym napędem. Ludzie różnią się od zwierząt możliwością definiowania i tak nazwaliśmy rozkosz, miłość i śmierć, które pozostają zasadniczymi motywami w szeroko pojętej kulturze. To trochę absurdalne pytanie – nie bardzo też rozumiem w tym wypadku określenie “pokrętne rozkosze” choć jego pojawienie się jest symptomatyczne. Co jest pokrętnego w estetyzacji rozkoszy? W jej percepcji na takim właśnie poziomie? Indywidualnie pojmowane piękno (kolor, tekstura, artefakt), stanowiące oprawę, stymulant, zarazem detonujące i integrujące się w moment zachwytu / rozkoszy, wydaje mi się czymś godnym i wspaniałą możliwością kreatywnego spełnienia. A realizacja pragnień jest fundamentalna w drodze do szczęścia. Spełnienie jest wielowymiarowe – wizualna materializacja estetyczna jest jego istotnym elementem ale przedstawienie zawsze pozostaje jedynie fantomem. Ważne jest w tym projekcie również to, że estetyzacje w nim prezentowane nie powstały na potrzeby fotografii. Fotografia zawsze była dopełnieniem bądź momentu rozkoszy jako takiego, bądź jego lirycznej, symbolicznej implikacji.

Erotyzm jest bardzo silnym narzędziem, wykorzystywanym nie tylko w świecie konsumpcji, ale także w świecie polityki. Do czego ty go wykorzystujesz?

Ja go nie wykorzystuję – jest treścią mojego życia.

Przypatrując się niektórym pracom z serii Minimal Fetish, nawet jeśli przedstawiają fragmenty kobiecego ciała – nogi, usta, uda, pośladki – w którymś momencie zapomina się o tym, na co się patrzy. Prace zaczynają żyć własnym życiem, przybierają abstrakcyjne formy, uwodzą kształtem, liniami, kolorami. Przestają być seksualne, stają się czysto estetyczne. Właściwie niewinne. Czym jest dla ciebie niewinność? Jak byś ją zdefiniował?

Dla mnie seksualność, która jest ekstremalnie estetyczna robi się seksualna do kwadratu. Niewinność implikuje winę i dlatego już nie podoba mi się jako termin w kontekście erotyzmu. Dlaczego stan seksualnej świadomości miałby być niby stanem winy? Niewinność jako taka może zachwycać, być urocza w swym nieskalaniu wiedzą o tym, co kontrowersyjne czy wręcz złe – jest stanem błogosławionym lecz ostatecznie nie pożądanym, przynajmniej jeżeli postrzegamy człowieka w sensie kartezjańskim. Niewinność nie jest dla mnie detonatorem libido, acz nie sposób nie zauważyć, że jest nim dla wielu i stąd między innymi mamy całą masę problemów etycznych. Niewinność w końcu interesuje mnie również jako komponent sentymentalizmu ale to już zupełnie osobna para kaloszy.

Dlaczego prezentujesz takie typowe fetysze? Rajstopy, koturny, pasek od biustonosza, stopy? Nie kręci cię nic innego? Kobieca łopatka, linia kręgosłupa, kolczyk w uchu, pięknie zakreślona brew…?

Jestem mega responsywny wobec różnorodnych manifestacji erotycznego piękna i pokusy ale ten projekt jest o estetyzacji seksualności a nie o wszystkich jej aspektach, które budzą moje emocje. Zachwycają mnie piegi i grube pęciny, bladość cery i rumieńce, drobne gesty, spojrzenia, zapachy, dźwięki – ostatnio zacząłem również zauważać żyły na rękach ale tu rzecz nie jest o naturze lecz o kulturze. O estetycznej transformacji i amplifikacji. Wracając do kwestii sugerowanej przez ciebie konewencjonalności fetyszy to kiedy ostatni raz kochałaś się mając na sobie malinowe body z siatki, na cytrynowym prześcieradle w świetle ultrafioletu? Dlaczego szpilki, platformy, rajstopy etc. – bo to działa – tak na mnie jak en general. Ani te kody ani pawi ogon nie wzięły się znikąd, a że ja akurat wolę plastik od piór to już kwestia moich osobistych predyspozycji i fascynacji – nie pretenduję do stworzenia uniwersalnego glosariusza fetyszu.

Erotyzm prezentowany w tej serii jest psychodeliczny. Twoje prace kojarzą mi się czasem z wizualizacjami, które zapraszały do narkotycznych podróży, poddania się upojeniu, zanurzenia się w tajemniczą zakazaną sferę. Ten psychodeliczny świat był pociągający, ale napawał lękiem przed podróżą w nieznane. Utarło się powiedzenie, że seks jest jak narkotyk. Czy tak?

Seks jest lepszy niż narkotyki – przynajmniej z mojej perspektywy. Nie stawiałbym też znaku równości pomiędzy tajemniczy i zakazany. Podróż w nieznane jeżeli się na nią odważymy jest niezmiernie ekscytująca, jest esencją życia.

Choć przez twoje prace przebija kult kobiety i jednak swoisty szacunek dla płci pięknej, niewątpliwie mogą skandalizować. Czy to skandalizowanie wychodzi ci mimochodem, jest skutkiem ubocznym zainteresowania tym, co zakazane? Czy też celowo wykorzystujesz je jako narzędzie, aparaturę do pobudzania uśpionych zmysłów? Skandal przecież wzbudza emocje, ale równocześnie je rozładowuje.

W kulturze w której seksualność pozostaje w sferze tabu komunikowanie jej nieuchronnie będzie kogoś skandalizować lecz domyślam się, że chodzi Ci raczej o polityczną niepoprawność aktu obiektualizacji. Mnie personalnie rola przedmiotu pożądania odpowiada w stu procentach a przyjęcie w jakimś momencie danej roli nie implikuje przecież, że jest ona jedyną z możliwych.

Fragmenty kobiecego ciała, elementy garderoby czy damskie bibeloty fotografowane przez ciebie wskazują na kobiety odważne. Czy w ogóle sfera obyczajowa cię interesuje?

Czy mnie interesuje – nie użyłbym tego słowa – dotyczy mnie niewątpliwie: obyczajowość panująca w danym społeczeństwie określa jego dynamiki erotyczne, począwszy od tych najniewinniejszych a skończywszy na najbardziej radykalnych, determinując jednocześnie przestrzeń erogenną otaczającego świata. Najbardziej pociągają mnie kobiety odważne, zdeterminowane, rade swej seksualności i skore do igraszek z fantazją. Lubię jak kobieta cieszy się sobą, mną i estetyką w łóżku.

galeria@leto.pl, http://www.leto.pl/

DUSTY PINK



Amaryllis belladonna at peacay ‘s flickr photostream

Dear PINK’s

Some dusty flowers seem right when ✿ The Very Lady ✿ wears Wet Pink Skirt. For all bibliophiles with love – in Culture the Spring is Timeless – enjoy peacay ‘s collection of etchings – he is a truly generous soul – plenty of treasures at one click away 🙂 Do not miss Antarctica Botany 😉

PINK NOT DEAD!

maurycy



Laelia superbiens at peacay ‘s flickr photostream

for those who want more: BibliOdyssey

EASY PINK



Lovin’ You Minnie Riperton

Dear PINK’s

My friend Joanna just send this one to her husband 🙂

Minnie Riperton:

Lovin' you is easy cause you're beautiful
Makin' love with you is all i wanna do
Lovin' you is more than just a dream come true
And everything that i do is out of lovin' you
La la la la la la la... do do do do do

No one else can make me feel
The colors that you bring
Stay with me while we grow old

And we will live each day in springtime
Cause lovin' you has made my life so beautiful
And every day my life is filled with lovin' you

Lovin' you i see your soul come shinin' through
And every time that we oooooh
I'm more in love with you
La la la la la la la... do do do do do

maurycy



Lovin’ You Minnie Riperton

PODLOTEK i DEMONY

La peinture à l’huile c’est trop difficile mais c’est beaucoup plus beau que la peinture à l’eau.



Idol by Aleksandra Waliszewska

Dear PINK’s

Po długim okresie – nazwijmy go umownie “renesansowym” – w malarstwie Waliszewskiej nastąpił radykalny zwrot. Subtelne, wysmakowane, malowane godzinami w “narcystycznym szale” oleje, które zjednały jest zainteresowanie w konserwatywnym kręgu odbiorców sztuki należą do przeszłości. W ciągu ostatnich trzech lat Ola świeża niczym młodziutka Bambi-Zombie z ogromną lekkością i gorliwością neofitki rzuciła się w wir obrazów i wyprodukowała niewiarygodną ilość fantasmagorii.

Francuską rymowankę przywołałem przewrotnie bo i wszystko w tym malarstwie jest przewrotne. Kontrapunktem jest w nim klasyczna postać “Dziewczynki” nie będącej sensu stricte ani ofiarą ani bestią choć oscylująca na granicy takich pojęć. Z miejsca mamy więc kruchość i perwersję. Istoty atroficzne i chorobliwe, niewinne, czasem brzydkie, często złe, złośliwe zawsze jednak wrażliwe i wyeksponowane. Wyidealizowana figura podlotka, pensjonarki, sierotki znana nam jest z literatury i sztuki (Kozeta, Alicja, Lolita i ich permutacje) lecz zwróćmy uwagę na przeniesienie – tym razem autorką jest Dziewczynka.

Nie chcę jednak pisać o samej Oli, o tym co pomagają mi zrozumieć aksamitne zasłony i półmrok panujący w jej rodzinnym domu, stado koni arabskich, które hoduje jej ojciec. Interesuje mnie niesamowity portal jaki dziś tworzy – alembik, filtr przez który wraca do mnie średniowiecze. Koszmar osłodzony delikatnością i skontrowany ironią. To tysiąc lat krzyku i zasiusianych prześcieradeł. Archetypy. Demonologie. Bestiaria. Alegorie bardziej intuicyjne niż kryptograficzne. Oniryczność, której detonatorem jest nie doświadczenie psychodeliczne ale kultura wraz ze wszystkimi perwersjami wrażliwości. Z mgły i sproszkowanej kości te obrazy. Zabawne choć nie ma w nich nic śmiesznego. Rumak, Larwa, Luger. Mokradła, Łąki, Śnieg. Mroczne pokoje, ciemne korytarze. Deformacje i biedactwa – lecz zawsze turpizm to nie groteska. Pełno tu upiorów, ghuli, rozrywanego ciała, wnętrzności, krwi i fluidów a wszystko brzemienne w ciszę. Jak łezka. Jakież to wszystko przejmujące. Północne więc i polskie, europejskie. Uniwersalne lecz nie-tropikalne. Zmory i Dziewczątka. Zapach deszczu. Satanizm.

Półtora tysiąca gwaszy i akwareli. Miazga i Świat Zarazem. Przedstawienia figuratywne nie gubiące się nic a nic w uwodzicielskiej pokusie rozmycia jaką daje farba wodna. Sceny alegoryczne w swym charakterze często budzące skojarzenia ze sztychem wręcz bo tak zwięzłe. Konsekwencja w eksploracji fantazmatów. Ostrość wizji i niepokój sentymentalny. Prostota a jednocześnie gęstość, wieloznaczność – “bits & pieces” – świat zwielokrotniony w popękanym zwierciadle w którego odłamkach pojawiają sie zjawy – rzeczy, których nie ma ale są – dziedzictwo wyobraźni. Referencje można mnożyć – Darger oczywiście, dalej Dürer i Doré, przez chwilę wręcz Szukalski czy Kozak ale też Argento, Fulci i Bava. Okładki, ilustracje, pocztówki, zdjęcia, średniowieczny terror Muzeum Narodowego. Leksykony medyczne i esesmani w telewizji – mnogość tu materiału dla różnych głów. Ktoś kiedyś będzie to wszystko analizował, porządkował, dokona próby scalenia. Fotografie, ryciny, falshbacki z kina, sieci, życia – kultura tak dostępna w pulsie współczesności. Banalizm i brutalizm. Inkwizycja i Shibari, literatura niesamowita i komiks undergroundowy – cieszy mnie ta rozpiętość. To, że Ola nie jest przywiązana do sztuki współczesnej ale do szeroko pojętej Kultury wyjątkowo sobie cenię i to sprawia, że ten świat jest tak fascynujący i syntoniczny. A, że przy okazji kocha małe brzydkie pieski i demony – tym ciekawiej. Kultura uwielbia koszmar i dziwaczność – obłaskawia je, ujawnia, żywi się nimi.

Nowa Ola jest uniwersalana a jednocześnie socjo-technologicznie współczesna: bedąc malarką jest też bytem internetowym – funkcjonuje tam gdzie dziwność jest naturalnym punktem uwagi. Kultura przechodzi w tej chwili fascynującą fazę dostępności więc i ewaluacji potencjałów. Redefinujuje się naturalnie i nieustannie. To co robi Ola jest bardzo żywe właśnie w tej chwili. To eksperyment w mocnej fazie. Mała uśmiechnięta dziewczynka jest sama w laboratorium. Przygląda się, przywołuje i formułuje świat. Wdzięczy jej jestem za te wszystkie katarktyczne koszmary, którymi tak hojnie nas obdarza. Zamiast analizować dalej Waliszewską proponuję przyjrzeć się otchłaniom kultury, które wyją z jej obrazków.

PINK NOT DEAD!

maurycy

Aleksandra Waliszewska

HEROES OF MIGHT AND MAGIC

Wtorek, 20 kwietnia 2010 godz. 12.00
Galeria Laboratorium, CSW Zamek Ujazdowski, Warszawa

check also:

Aleksandra Waliszewska Flickr

Aleksandra Waliszewska Blogspot

Aleksandra Waliszewska Fan Club

DZIWKI

Jako świętą ofiarę dawały to, co miały między nogami; nie wstydziły się wyuzdania i oddawały się uciechom.

Dear PINK’s

Kolejną pozycją na różowej półce, którą (mimo iż ledwie ją nadgryzłem) z przyjemnością mogę polecić każdemu na serio zainteresowanemu seksualnością czytelnikowi są, odziedziczone po JWG , “Dziwki w historii”. Autorka – Nickie Roberts, “weteranka handlu seksem na Soho, dobrze wiedząca jak czuje się kobieta naznaczona piętnem kurwy”, w sposób dociekliwy, ostry a zarazem nie pozbawiony wdzięku analizuje postać prostytutki na przestrzeni dziejów. Korzysta przy tym z bardzo różnorodnych źrodeł począwszy od konserwatywnych historyków takich jak William W. Sanger aż po współczesne feministki czy też szerzej patrząc po kobiety studiujące Kobietę w perspektywie historycznej, antropologicznej, politycznej etc. To iż wpływ myśli feministycznej na jej stanowisko jest ewidentny nie sprawia jednak bynajmniej aby była w stosunku do niej bezkrytyczna. Dostaje się tu zresztą wszystkim: i Ojcom Kościoła i Starożytnym Grekom – każdemu według jego zasług. By móc pokusić się o bardziej wnikliwy komentarz muszę najpierw przeczytać całość, wypada mi jednak z miejsca przyznać, że już po stu stronach podoba mi się sposób myślenia Miss Roberts i przekonuje mnie jej zasadnicza teza: dziwki, niezależnie od tego na ile wykorzystywane czy wykorzystujące, są kobietami niezależnymi seksualnie a więc wymykającymi się patriarchalnym systemom kontroli. Te z kolei od tysiącleci już starają się wziąźć w cugle Kobietę i Jej Pizdę czego efektem jest hipokryzja podziału na “grzeczne i niegrzeczne dziewczynki”. Poniżej dwa zachwycające mnie różowe wyimki – pierwszy przywołujący Wyprawy Krzyżowe, drugi czasy Antyku.

PINK NOT DEAD!

maurycy

Właśnie z okresu krucjat pochodzi jeden z najbardziej poruszających i fascynujących dokumentów historycznych dotyczących prostytucji, którego autorem jest arabski kronikarz z XII w., Imad ad-Din. Jest to fantastycznie kwiecisty opis dziwek, które towarzyszyły europejskim armiom do Ziemi Świętej:

Na okrętach przybyło zza morza trzysta gładkich frankońskich niewiast, tryskających młodością i urodą i grzech wystawiających w swych kramach. Wyjechały z ojczyzny, by pomóc tym co wyjechali z ojczyzny, gotowe cieszyć upadłych i w zamian pragnące podpory i pomocy; płonęły ochotą do obłapianek. Były to wyuzdane bezwstydnice, dumne i pełne pogardy, biorące i dające, sprośne i grzeszne, śpiewaczki i galantki, pyszniące się publicznie, ogniste i rozjątrzone, uróżowione i umalowane, apetyczne i smakowite, rozkoszne i pełne wdzięku, rozrywające szaty i je zaszywające, rozdzierające i naprawiające, grzeszne i zalotne, namawiające i kuszące, uwodzicielskie i omdlewające, upragnione i spragnione, rozbawione i rozbawiające, obrotne i przebiegłe, przypominające opiłe młodziczki, ściskające się i sprzedające za złoto, śmiałe i żarliwe, miłujące i namiętne, różowe na policzkach i nie znające rumieńców, czarnookie i onieśmielające, pięknotyłe i pełne uroku, obdarzone nosowym głosem i mięsistymi udami, niebieskookie i szarookie, nadpsute małe błaźnice. Każda z nich ciągnęła za sobą tren sukni i urzekała patrzącego swoim blaskiem. Kołysała się jak młode drzewko, ukazywała się oczom jak potężna twierdza, drżała jak gałązka, kroczyła dumnie z krzyżem zawieszonym na piersiach, sprzedawała swoje wdzięki za dowody wdzięczności i pragnęła utracić swoją suknię i swoją cześć. Przybyły pobłogosławione, jakby miały czynić pobożne dzieła i (…) utrzymywały, że podobają się Bogu dzięki takim właśnie ofiarom. Każda z nich umieściła się w większym lub mniejszym namiocie, rozbitym specjalnie dla niej, i otworzyła wrota rozkoszy. Jako świętą ofiarę dawały to, co miały między nogami; nie wstydziły się wyuzdania i oddawały się uciechom (…) Z animuszem uprawiały swój rozpustny proceder, zdobiły połatane szpary, zanurzały się w potokach rozpasania, oddawały swe skarby gwoli radości, zapraszały bezwstydników w swoje ramiona, dawały się dosiąść od tyłu, użyczały swych bogactw ubogim, srebrnymi bransoletami na swych nogach dotykały swych kolczyków i chętnie rozpościerały się na dywanach miłosnych igraszek. Ustawiały namioty i obluzowywały sznurówki gdy osiągnięto porozumienie (…) Obmywały spieczone mięśnie mężczyzny w źródełku, dopasowywały strzały do łuku, rozcinały pasy, na których zawieszone były miecze, grawerowały monety, witały ptaszki w gniazdach pomiędzy udami, łapały w sieci rogi bodących baranów, usuwały zakazy, zdejmowały woal z tego, co zakryte. Splatały nogę z nogą, gasiły pragnienie kochanków, wpuszczały do swych norek jaszczurkę za jaszczurką, lekceważyły niegodziwość takich obłapianek, prowadziły pióra do kałamarzy, potoki do ich łożysk w dolinach, strumienie do jeziorek, miecze do pochew, złote sztabki do tygli, niewierne pierścienie do głębokich lochów, wymieniających pieniądze do dinarów, szyje do wklęsłości, pyłki do oczu. Utrzymywały, że jest to czyn pobożny jakiemu nie ma równych, a zwłaszcza miłosierny wobec tych, co z dala są od domu i małżonek. Mieszały wino i grzesznym okiem błagały o wynagrodzenie.*

Ten niezwykły fragment jest arcydziełem ambiwalencji: Imadowi udaje się zarówno wysławić, jak i potępić owe kobiety i ich działalność, osiągając literacki orgazm, który nieomal – ale nie do końca – każe zapomnieć o jego pobożnej dezaprobacie. Jego słowa po dziś dzień pozostają niezrównanym świadectwem paradoksalnego stosunku mężczyzn do kobiecej seksualności.

str. 111 – 112

*Garbrieli Francesco “Arab Historians of the Crusaders”, London 1984, str. 204-206

Fryne uosabiała Afrodytę również w rytuale religijnym i wśród mieszkańców Aten zdobyła sobie ogromną popularność. (…) ‘Fryne pojawiła się na schodach świątyni od strony morza w swoich zwykłych szatach, po czym na oczach tłumu powoli się rozebrała. Potem podeszła do brzegu zanurzyła w fale i złożyła ofiarę (…) wróciła niby nimfa morska i susząc sobie włosy, z których krople padały na jej rozkoszne członki, stała przez chwilę przed tłumem, który zaczął wznosić okrzyki niezwykłego entuzjazmu, kiedy piękna kapłanka zniknęła w celi świątynnej’. (…) Dla Ateńczyków rytualny striptiz Fryne uczynił z niej żywe wcielenie ich bogini, jako taka musiała też być traktowana z wielkim szacunkiem. Mimo to jednak piękna kurtyzana nie zdołała uniknąć kłopotów związanych z łamaniem praw Solona skierowanych przeciwko niezależnym dziwkom. Oskarżono ją o to, że występ w roli Afrodyty stanowił profanację świętych misteriów – zarzut wyssany z palca ale poważny. Rozprawa sądowa przeciw Fryne jest klasycznym przykładem ambiwalentnego stosunku greków z klas wyższych do heter:

Od samego początku sprawa wyglądała dla słynnej kurtyzany kiepsko. Fryne była dziwką, żyjącą w luksusie, była wykształcona i niezależna, krótko mówiąc była przeciwieństwem wzoru ateńskiej żony, która miała być styranizowana i niewidoczna. Oskarżyciele wściekle rzucili się na heterę. Kiedy już sprawa wydawała się przegrana, Hiperydes, podjął desperacką próbę uratowania klientki: dramatycznym gestem rozerwał jej ubranie i pokazał sądowi jej nagie piersi. Był to wielki sukces. Hiperydes dowodził, że w tak oczywisty sposób pochodzące od bogów piękno nie mogło sprofanować obrzędu religijnego. Sędziowie – wszyscy co do jednego – zgodzili się z tą argumentacją; potępienie Fryne byłoby dla nich równoznaczne z potępieniem samej Afrodyty, a tego uczynić by się nie ośmielili w obawie przed zemstą bogini. Wszystkie zarzuty wycofano i Fryne została uniewinniona.

str. 46 – 47

Nickie Roberts “Dziwki w Historii. Prostytucja w społeczeństwie zachodnim”

przełożył: Leszek Engelking

Oficyna wydawnicza Volumen/Wydawnictwo Alfa
Warszawa 1997

(Whores in History. Prostitution in Western Society”, 1992)

BAD PINK CAKE



bad feng shui cake at Cakeland

Dear PINK’s

Dobry tydzień upłynął od moich urodzin – forty’fuckin’one – było świetnie – bawiliśmy się do 10 rano – pod sam koniec dziewczyny chodziły na czworakach a chłopacy całowali się po kątach – tortu nie było – więc może choć dziś, po niewczasie, wirtualna dawka urodzinowych słodkości – ukłony dla uwielbianej przeze mnie Miss Shurinken, której zawdzięczam te różowe monstrualia 🙂

PINK NOT DEAD!

maurycy

PINK IMPULSE

Wstyd to słowo, za którego pomocą wprowadzamy porządek całkowicie niezrozumiały.

Henry Miller, “Zwrotnik Koziorożca”



Pink Procession (?)

Dear PINK’s

O “Erotycznym impulsie” wpominałem już swego czasu pisząc notkę o Marco Vassi. To książka niezwykła nie tylko dla tego, że na temat przeróżnych aspektów erotyzmu wypowiadają się w niej osobowości tak wybitne a jednocześnie odmienne jak Allen Ginsberg, Anaïs Nin, Nan Goldin czy E.E. Cummings ale ze względu na odwagę i klarowność wizji Davida Steinberga, który jest za nią odpowiedzialny. Chciałbym dzisiaj przytoczyć tu pierwszy akapit z napisanego przezeń wstępu. Mam nadzieję, że zachęci on kilka choć osób to przeczytania tej nader niekonwencjonalnej pracy – mnie rzucił na kolana:

Co się stanie, gdy pójdziemy za erotyczną muzą, dokądkolwiek by nas prowadziła z szeroko otwartymi oczami, ale pełni zaufania, pożądania, miłości i ciekawości? Co się stanie, gdy całkowicie otworzymy się na erotyczną siłę życiową, nawet jeśli zaprowadzi nas do krainy równie nieprzewidywalnych, co rozkosznych przygód, równie rozstrajających, co ekscytujących perypetii? Co się stanie, gdy pokierujemy się ślepym erotycznym impulsem, określając jedynie, jakie granice są przed nami do przekroczenia? Co się stanie, gdy odrzucimy budzące się gdzieś w głębi nas przekonanie, że coś jest nie w porządku z naszymi odczuciami i erotycznymi pragnieniami – coś złego, co kryje się w zainteresowaniu erotyzmem w ogóle albo też w zafascynowaniu erotyką, które jest zbyt silne, zbyt dziwaczne lub zbyt odmienne w porównaniu z tym, co ludzie uważają za właściwe? Co się stanie, jeżeli pozwolimy erotyzmowi przesycić naszą sztukę, nasz styl bycia, uczynimy go podstawową wartością w życiu i nie będziemy myśleć o konsekwencjach? Co się stanie, jeżeli – w pewnym czasie, w pewnym miejscu i z pewnymi partnerami – całkowicie skapitulujemy wobec magnetycznej potęgi erotyzmu, skapitulujemy z premedytacją, niewinnie i mądrze zarazem, pozostając otwarci na nowe doznania, pozwalając sobie na odkrywanie głębi i złożoności tej esencjonalnej siły życiowej, która przemawia do nas i poprzez nasze ciało?

PINK NOT DEAD!

maurycy

Erotyczny impuls
w opracowaniu Davida Steinberga
Wydawnictwo 108, Gdańsk 1995

cytowany fragment w przekałdzie Mariusza Seweryńskiego