PINK ERECTION

Abstrahując od tego, co się komu z czym kojarzy, wartość artystyczna tego czegoś jest, moim skromnym zdaniem, żadna. Nie chciałabym, żeby takie coś stało na rynku w moim mieście. Jakiś różowy bałwan.



Obelisk, Maurycy Gomulicki, 2010

Dear PINK’s

Full Photo Report at My Flickr in “Obelisk” Picture Set

PINK NOT DEAD!

maurycy



Obelisk, Maurycy Gomulicki, 2010

prasa :

Różowy Obelisk na Starym Rynku (e-Poznań)

Na Starym Rynku stanął… pal rozkoszy (Moje Miasto Pozań)

Duże, różowe i miłe w dotyku. Stoi na rynku. (Gazeta)

Poznań: Artystyczny różowy obelisk stanął na Starym Rynku. Zobacz film. (Głos Wielkopolski)

Atak na “obelisk” Gomulickiego (Radio Merkury)

RÓŻOWY OBELISK



Obelisk, Maurycy Gomulicki, 2010 (render by Hector Belloc)

Dear PINK’s

Zapraszam do Poznania na odsłonięcie Różowego Obelisku

środa 7 lipca, godz. 18.00 – Stary Rynek [Pasaż Kultury]

kurator: Anna Czaban

Arsenał Galeria Miejska

Stary Rynek 6
61-772 Poznań
tel: (61) 852 95 01 / 02
www.arsenal.art.pl

realizacja obiektu: Grzegorz Olech

Po wernisażu na dwa laptopy zagrają:

Ilian Gonzalez & Jacek Staniszewski

poniżej krótki statement

PINK NOT DEAD!

maurycy

Obelisk

Rynek, “starówka” – historyczne i turystyczne serce każdego wiekowego miasta to atrakcyjna a jednocześnie trudna lokalizacja dla publicznego projektu. Atrakcyjna, ponieważ masowa widownia jest tu gwarantowana, trudna, bo zobowiązana estetycznie tak wobec autentycznej historii jak nie koniecznie czujnej “staroświeckości”. Rynek poznański szczególny jest z kilku względów – obok tego, co interesujące lecz i przewidywalne znajdziemy tam nieoczekiwany modernistyczny implant – mam tu na myśli galerię sztuki współczesnej “Arsenał” (a szczególnie jej geometryczną fasadę) – w miejscu zasadniczo ukierunkowanym na przeszłość. Kolejnym partykularnym zdarzeniem są kamieniczki po wschodniej stronie architektonicznej “wyspy” zajmującej centrum placu, które w zabawny sposób integrują ilustracyjną fantazję z rzeczywistością. Wreszcie wyraźnym punktem na mapie cudów i dziwów jest zachowany tu późnośredniowieczny pręgierz – obiekt o silnej wymowie symbolicznej a jednocześnie nader syntetyczny formalnie. Dodatkowej ponurej pikanterii dodaje mu fakt, iż jego budowa “sfinansowana została z grzywien nakładanych na służące noszące przesadnie eleganckie stroje”. Narzędzia tortur i miejsca kaźni poprzez swoją ponurą niesamowitość szybko asymilują rolę ciekawostek. Przyjrzyjmy się choćby Auschwitz jako jednej z atrakcji turystycznych Krakowa. Fascynująca i niepokojąca jest ta przemiana, którą rozpatrywać można tak jako perwersję kultury jak i w jej ludycznym aspekcie. Dla mnie w tym konkretnym wypadku jest to kolejna okazja by kontestować jeszcze jedną ikonę cierpienia i poniżenia, by spróbować stworzyć paralelny monument ku chwale witalności i zmysłowej radości. Przygotowana instalacja działa na zasadzie spolaryzowanych zwierciadeł. Mamy dwóch protagonistów: pal męczarni i różowy obelisk. Konfrontują się dwa zdarzenia falliczne o całkowicie różnej wymowie. Jedno straszne, drugie rozkoszne. Brutalności stalowego bolca przeciwstawiona zostaje cukierkowa słodycz toczonej figury szachowej. Upodlenie versus rozkwitanie. Dawne kontra współczesne. W obu wypadkach pełna erekcja. Wobec istniejącej gamy kolorów i “gęstości” samego miejsca interesowała mnie mocna ingerencja tak na poziomie prostoty nowoczesnej formy jak intensywnej barwy. Róż z wielu powodów wydaje mi się tu naturalny i adekwatny. Pewien efektywności dynamiki pojedynku ciekaw jednak jestem jak nieagresywna lecz esencjonalnie erotyczna propozycja sprawdzi się wobec odwiedzających rynek ludzi. A jeszcze bardziej jak oni wobec niej. Liczę na fetyszystyczny potencjał przy czym nie mam tu na myśli ewidentnej asocjacji z erotyczną zabawką ile bardziej uniwersalny jego aspekt – kształt kuszący do pieszczoty. Mamy wdzięczną, abstrakcyjną formę, która odwołuje się tak do piękna wspomnianej już figury szachowej, jak do hedonistycznej estetyki “pałacowej” – rzeźbionych kolumienek, balustrad, ornamentów po których tak chętnie przeciągamy dłonią. Referencje sakralne: monolity, menhiry czy bardziej “współcześnie” południowoazjatyckie stupy też były dla mnie istotną inspiracją w tym projekcie. Podoba mi się również to, że łączy on zmysłowość – będąc z jednej strony dosłowny i esencjonalnie “dotykalny” – z aspektem mentalnym – jako obiekt-metafora o wysublimowanym, skalkulowanym matematycznie kształcie. Wierzę w potencjał piękna, przyjemności, rozkoszy. W szlachetność geometrii. Reszta jest eksperymentem.

Maurycy Gomulicki, Warszawa, 24 maja 2010

Obelisk – info Arsenał

Obelisk – info Culture.pl

Z cyklu: Nieskrywane przyjemności druku: “Minimal Fetish” – promocja albumu / spotkanie z autorem – prowadzenie: dr Piotr Rypson

RÓŻOWY RYJEK (FRENCH PINK)

Więc mizdrzą się bestyjki:
tuczą sobie łydki,
Bielą giętkie szyjki,
Różują ryjki



Framboise acrilic on canvas, 130 x 89 cm, 2008 (fragment) by Hubert de Lartigue

Dear PINK’s

Ryjek – zwinięty w rulonik języczek – (jeden z motywów – obok pieprzyka (stigma diaboli) – często pojawiających się w malarstwie Wielkiego Mistrza Kiczu Clovisa Trouille‘a*) – doczekał się konkretnej różowej apoteozy w postaci hiperrealistycznego płótna Huberta de Lartigue. O samym artyście niewiele mam do powiedzenia: godna podziwu precyzja, “perfekcyjny warsztat” charakterystyczny jest dla wszystkich przedstawicieli tego kierunku. Obsesyjne a jednocześnie na swój sposób naiwne w dążeniu do doskonałości traktowanie samego medium sprawia, że hiperrealistów skłonny byłbym określić jako prawdziwych fetyszystów malarstwa. W tym kontekście wydaje się naturalne, że wielka ich mnogość wybiera wyidealizowaną, “wysuczoną” kobietę jako temat swoich obrazów. W przypadku twórców Pin-up’ów sam proces malowania ma charakter zdecydowanie seksualny – projekcja fantazmatu, wywoływanie (ucieleśnianie) zmysłowego widma, żmudna realizacja – są w dużej mierze prolongowaniem momentu rozkoszy. Moim zdecydowanym faworytem spośród klasyków gatunku jest pozostający w cieniu Elvgreena, Vargasa i Sorayamy Aslan, któremu mam nadzieję poświęcić osobną notkę na blogu. Spośród wschodzących gwiazd mam zdecydowaną słabość do Marka Blantona 🙂 Hubert de Lartigue może nie uwodzi mnie specjalnie swoim gustem lecz niewątpliwie jest mi najbliższy poprzez decyzję o sposobie kadrowania, przez skupienie swojej uwagi na zmysłowym bycie jakim są usta kobiece same w sobie. Poniżej linki do kilku jeszcze “close-up’s” jego autorstwa.

PINK NOT DEAD!

maurycy

Melanie

Sourire

Hommage a Gil Elvgren

* w pierwszej połowie lat 90 poświęciłem tej fascynującej postaci (satelita surrealistów, malarz niedzielny, erotoman-fantasta, makijażysta w fabryce manekinów) dość obszerny artykuł w “Machinie”: “Gabinet Figur Marcepanowych Clovisa Trouille’a” – w wolnej chwili zamierzam wklepać go w komputer (orginalny plik przepadł w odmętach pre-CD-romowej historii) i opublikować tu na blogu – tymczasem dla zachęty jeden z moich ulubionych obrazków niesfornego mieszczucha



Clovis Trouille, Dialogue au carmel, 1944

X-RAY PINK



EIZO X-Ray Pin Up Calendar 2010 march

Dear PINK’s

Love & Death – Two in One. The image above comes from EIZO Calendar for 2010 and are elaborated together with Butter advertising agency (the rest of the images and full credits are to be found here); the other two are anonymous – probably they are done by fun & sex loving radiography technicians. At least that’s what I like to believe. If Marie Curie only knew 😉

PINK NOT DEAD!

maurycy



X-Ray Kiss



X-Ray Blow Job

Check also: FOREVER PINK

GREEN PINK

Burmistrz miasta wydał zaś teatrowi wyraźne rozporządzenie, aby dla publicznej moralności nie dawać nawet pozoru nagiego ciała – baletnice obowiązane były oblekać nóżki swoje nie broń Boże w różowe, lecz w jedwabne zielone trykoty.

Dear PINK’s

Jeszcze fragmencik z innego opowiadania Birmy-Dróbeckiego, którego zostałem zdekalrowanym fanem – Viva Zielone Nóżki!

Sen mój się ziścił, bo zaklęty został w tę rozkoszną orgię złota, koronek i światła, mój sen się ziścił, bo zaklęty został w kobiety o tych lekkich, a jednak pełnych formach ciała, w kobiety, które w zawrotnych podskokach i piruetach prezentowały prześliczne swoje ramiona, a na ich obnażone szyje spadały rozpuszczone, uwieńczone kwiatami włosy rozmaitych barw i obfitości. te oczy, te usta, te barki, ramiona, te zuchowate w oczy rzucające się piersi wydatne! Wyście to były, do których drżało serce, usta i ręce moje! A zielone nóżki nie niepokoiły mnie wcale ani dziwiły, w mojej naiwności uwierzyłem święcie, że nóżki wszystkich kobiet muszą posiadać barwę zieloną. Nie pojmowałem jeszcze wtedy bezczelnego oszustwa zwanego “trykotem”.

Teraz w złudzeniu pięknych snów moich widziałem najpiękniejsze kobiety z zielonemi nogami. Najpiękniejsze kurtyzany starożytnego Rzymu, które unosiły swe tuniki, by wyciągnąć się na ukwieconym łożu obok koronowanego kochanka, nimfy pląsające nago po leśnej głuszy, młode urodziwe wieśniaczki boso i wysoko podkasane, piorące bieliznę w rzece – wszystkie, wszystkie kobiety wszystkich stanów – miały w mojem pojęciu – zielone nogi.

Całowałem w uniesieniu gorącemi mojemi ustami te drobne zielone nóżęta i czułem, że oczy moje nabierają fosforycznego blasku, gdy wspaniała kurtyzana rzymska lub powabna włoska wieśniaczka pozwoliła pogłaskać nagą nóżkę w okolicy klasycznie zarysowanych łydek lub przyjemnie okrągłych kolanek.

PINK NOT DEAD!

maurycy

ps: Wielkie Dzięki dla Piotra Rypsona za ten Hojny Dar 🙂

Green Legs Pic #001 (Aurora Stylish Fetish)

Green Legs Pic #002 (Eclectica Erotica)

Zobacz też: BATYST

BATYST



My Very Favorite Panty!! by sissy jamie nicole

Dear PINK’s

Mam fazę na romansidła. Bardziej i mniej groszowe dwudziestolecie wciągam hektolitrami. Hekatombę serc urządzam sobie z lubością 🙂 Wiele smakowitych kąsków wpadło ostatnio w moje sieci: “Szpon w rękawiczce” Benjamina Schlagera, “Między nami panienkami” Marcela Prévosta, “Święta kurtyzana” Piotra Mille – niebawem wyimki – nic jednak równać się nie może z opowiadankiem “Fartuszek” autorstwa Stanisława Birmy Dróbeckiego. Pozwalam sobie zacytować je tu w całości. Wielkie podziękowania dla Piotra Rypsona, któremu zawdzięczam ten kwiatek 🙂

PINK NOT DEAD!

maurycy

Stanisław Birmy Dróbecki „Fartuszek”

Nie było w tem zresztą nic tak bardzo osobliwego, że Wandzia zdjęła swój fartuszek, to zdarza się dość często; kobiety wiedzą o tem, ba! zdarza się w pewnych okolicznościach życia, że zdejmują nie tylko fartuszek…

Szczególniejszą jednak rzeczą było, że biedna Wandzia nie mogła fartuszka już znaleźć, gdy go na powrót wdziać chciała.

Gdzie mógł się podziać ten przejrzysty kawałek batystu, ta wstydliwa zasłona, ten puklerz cnoty i wstydu, który właśnie odpasała przed chwilką, a który pokrywał jej biodra i cudnych kształtów nóżki?

Za krzesłami, pod stołem, za oknem, za żaluzyami małego pokoju – szukano go wszędzie…

A szukało go dwoje zakochanych, którzy od gwaru stolicy i spojrzeń zawistnych ludzi schronili się aż tu ze swoją miłością, tu do cichej wioski, położonej na południowym stoku Pireneów… Daremnie!

– Czy pojmujesz? – spytała Wandzia. Nie pojmował wcale. I znów zaczęły się gorączkowe, rozpaczliwe a długie poszukiwania po wszelkich kątach.

Przypomnieli sobie, że właśnie w największej ekstazie upojenia ich i szału, gdy spleceni w jednym uścisku, zamagnetyzowani nawzajem swym wzrokiem – oddawali się niemej kontemplacji miłosnej przerywanej tylko stłumionymi westchnieniami i urywanemi, szybkiemi jak błyskawica pocałunkami – przypomnieli sobie, że w tej chwili uniesienia – wpadł przez małw otwarte okienko zazdrosny wiatr górski i zaczął buszować po pokoju wietrząc firanki, poruszając filigranowe mebelki…

Czyżby ten wiatr uniósł był lekki fartuszek Wandzi?!…

Jak ten wielki biały ptak umknął gdzieś z rozpostartemi skrzydłami – poleciał z wichrem w noc ciemną między szczyty nagich skal – rzucony, rozdarty zawisł być może na niebotycznym cyplu górskim, albo może spoczął w dolinie gdzieś na dachu wieśniaczej chatki, na drzewach lub wieży małego kościółka?!…

Nieprawdopodobne, niemożliwe przygody małego fartuszka wśród ciemnej nocy, zdala łóżeczka uroczej swej właścicielki!…

Wandzia przestała wreszcie szukać… I zakochani pojechali dalej zostawiając ze swego szczęścia tyle w tem rozkochanem pustkowiu, ile złoty motyl zostawia pyłu ze swych skrzydełek na opuszczonej róży.

A jednak zmienne są serca kobiet!… Wandzia, która szalała za swym kochankiem – przestałą go kochać! Obrzydły jej dawne czułości i pieszczoty, znienawidziła wspomnienie maleńkiego pokoiku na południowym stoku Pireneów, tego pokoiku o twardem, a jednak tak rozkosznem łóżeczku, tego pokoiku, gdzie zazdrosny wiatr górski porywa przez okno – batystowe fartuszki…

Gdy jeden jedyny raz usłyszała Wandzia kazanie pewnego przystojnego dominikanina – czuła , że w duszę jej wstąpił żal, skrucha i chęć poprawy.

Zaniechała balów, festynów, turniejów, gdzie już sam wzrok pięknej damy rozpalał męstwo w duszy rycerza…

Dręczona wyrzutami sumienia z powodu dawnego życia i grzesznych pocałunków – zasłużyła teraz zaiste by być stawianą za wzór wszystkim tym, co pokutują, lub pokutę rozpocząć myślą.

Duszpasterz obiecał jej już nawet, że Niebo nie zaciągnie do wiecznych rejestrów pewnych grzechów jej życia, litując się nad nią i uwzględniając niebywałą w jej wieku i przy jej temperamencie wstrzemięźliwość na punkcie miłości.

Ale Wandzia byłą surowsza dla siebie niż nawet jej mentor duchowy…

Nie sądziłą bowiem bynajmniej by dusza jej była z dawnych błędów i win w zupełności oczyszczoną!

Nałożyła sama na siebie pokuty i posty – poddała się krwawym pocałunkom dyscypliny i zawziętej surowości zgrzebłej, ostrej koszuli pokutnej.

Ale to wszystko nie uspokoiło skrupułów jej sumienia. Tam, do tej małęj wioski na południowym stoku Pireneów, gdzie tak ciężko zgrzeszyła, postanowiła odbyć pielgrzymkę pokutną.

Na łabędzią swą szyjkę założyła gruby powróz, pieszczone swe ciało oblekła worem pokutniczym, z prześlicznych nóźek zdjęła buciki i pończoszki i ująwszy kij pielgrzymi, z rozpuszczonym długim do stóp, kruczoczarnym włosem, boso udała się w drogę…

Tak szła polami i lasami, gościńcem i drogą – jednak o dziwny instynkcie kobiecy!… – spostrzegłszy czy to rycerza, czy wieśniaka, czy duchownego, jakikolwiek osobnik płci męskiej – nie zapomniała nigdy spuściwszy wstydliwie swe oczy ku ziemi, podnieść równocześnie dolne fałdy pokutnego woru…

I jaki taki stawał zdumiony i szeptał do siebie w podziwie:

– Ach! cóż za prześliczne nóżki!…

Bo istotnie miała nóżki, jakiemi nie każda kobieta w owe czasy poszczycić się mogła.

Niepokalanej białości wysokie w stopie o muskularnej a kształtnej budowie łydek, były jakby stworzone dla pieszczot kochanka, stanowiły klasyczny model dla dłuta i pędzla…

Gdy szła zieloną murawą posuwając lekko białe swe stopki – zdawało się zdaleka, że dwa bliźniacze gołąbki płyną po ziemi. Gdy przystanęła dla spoczynku i oparłszy się na pątniczym kosturze wzniosła z przyzwyczajenia powyżej kostek wór pokutniczy stanowiący jej suknię – przysiągłbyś, że z zielonej trawy wykwitły dwie białe bliźniacze lilie małe i wązkie u podstaw a rozszerzające się ku górze w pełne jędrne kielichy.

A te podstawy to były bose nóżki.

A te pełne i jędrne kielichy to były nagie łydeczki pięknej pokutnicy.

I jaki taki stawał zdumiony i szeptał do siebie w podziwie:

– Ach! cóż za śliczne nóżki!…

Doszła wreszcie do celu swej pielgrzymki i wstąpiła do tej samej oberży stojącej na południowym stoku Pirenejów, gdzie popełniła ze swoim współwinnym ów słodki, a jednak o pomstę do Nieba wołający grzech – grzech niedozwolonej, nieuświęconej miłości…

Postanowiła pójść do spowiedzi…

Proboszcz tej miejscowości, poczciwy starowina pochwalił z uznaniem jej zamiar pokuty. Zauważył jednak, że spowiedź publiczna nie odbyłaby się z pewnością bez skandalu, zaproponował więc inny sposób uzyskania przebaczenia Niebios.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności posiadał kościół, którego stróżem był stary proboszcz – cudowną relikwię działającą od dwóch lat cuda, o jakich nikomu się nie śniło.

Ze wszystkich stron świata zbiegali się do niej cierpiący i żałujący, by spojrzawszy na nią zaczerpnąć otuchy i pociechy.

Gdy się kto dotknął tej relikwii lub nawet tylko spojrzał na nią – był uzdrowiony. Chromi mogli tańczyć, ślepi przejrzeli – i.t.d.

Wandzia zachwycona tem opowiadaniem zapałała gorącą chęcią, by dotknąć się, gdy można – to ucałować tę podziwienia godną relikwię, która z pewnością leczy z równym skutkiem ułomności ciała jak i duszy.

– Z miłą chęcią – odpowiedział zacny duszpasterz.

Zaprowadził pokutnicę do małej kapliczki, gdzie za szkłem umieszczono szczególniejszy ten amulet.

I świeciła relikwia nad tłumem ludzi, którzy pełni świętej bojaźni a zarazem gorejącej wiary i nadziei kierowali w górę pobożne spojrzenia.

– „Z pewnością z Nieba została nam tu na ziemię zesłana, ponieważ przed dwoma laty pewnej burzliwej nocy znaleziono ją na wieży naszego kościółka, a cudowna woń tej tkaniny, won, którą po dziś dzień roztacza wpaja w nas tę niezłomną wiarę, że przedmiot ten pochodzi od świętej – Magdaleny!…”

– O! – zakrzyknęła w najwyższej ekstazie Wandzia, klęcząc przed świętością.

A potem – z pozwoleniem księdza proboszcza ucałowała gorącemi usty z pierwotną wiarą dziecięcia ową świętość, nie poznając ani po koronkach brukselskich, ani po cienkim batyście, ani po podniecającym zapachu wytwornych perfum – swojego własnego fartuszka, który przed dwoma laty zazdrosny wiatr górski porwał jej przez okno małego pokoiku na południowych stokach Pirenejów.

Stanisław Birmy Dróbecki „Fartuszek”
z tomu opowiadań pod tym samym tytułem
Warszawa, Skład Główny Księgarni E. Wendego i spółki (T.Hiża i A. Tarkuła)

1912?

Zobacz też: PINK LEGS

PINK SWAMP

Akt seksualny staje się dla twórcy, zwłasza poety, spełnieniem, które pozwala roztopić się w jedno z całym wszechświatem bez poczucia fizyczności… ;>



Peter Melan Ex Libris Karla Visseresa

Dear PINK’s

Jestem na Wigrach – słońce max, ciemnoszafirowe greckie niebo, zapach skoszonej trawy, żabi rechot kołysze do snu – moment idealny by zająć się przez chwilę kwestią “prastarego korzenia” 😉 W mojej rozległej bibliotece erotyczno-seksuologicznej (do której wpuszczam pomioty literackie wszelkiej maści) między innymi równie ambiwalentnymi pozycjami znajduje się zbiór wywiadów Andrzeja Haegenbartha wydany w formie książkowej pod tytułem “Eros i wspólnicy”. Na temat seksualności wypowiadają się w nim przeróżni luminarze kultury późnego PRL-u m.in. Franciszek Starowieyski, Szymon Kobyliński, Zbigniew Lew-Starowicz, Andrzej Banach, żeby wymienić kilka tylko najbardziej znanych nazwisk. Mimo iż delektowałem się z perwersyjną przyjemnością refleksjami i wynurzeniami mistrzów niekoronowanym królem tego zbioru pozostaje dla mnie poeta i prozaik Marek Obarski. Dżentelmen ten, posiadacz gęstej brody i okularów w rogowej oprawie konsekwentnie do swej wypowiedzi występuje na zdjęciu w białej rubaszce zanurzony po pas w wysokiej “wiejskiej” trawie. Nie wątpię, że niejedna studentka legła mu rada otumaniona soczystym słowotokiem. Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jest fascynującym okresem prób i błędów – to niezwykłe “zagubione ogniwo” w historii literatury polskiej. Pojawiło się w tym czasie wiele fantastycznych wybryków żeby wspomnieć choćby tylko “Piesicę” Andrzeja Zaniewskeigo czy erotyczne pisemko “Kobieta, Miłość, Macierzyństwo”. Poniżej kilka próbek smakowitej hochsztaplerki pierwszej próby:

– Jestem zwolennikiem mocnych, obsesyjnych obrazów w literaturze, bowiem tylko pełnokrwiste ukazanie ciemnych zakamarków natury ludzkiej, szczere odzwierciedlenie mroków człowieczych, także wynaturzeń seksualnych, wyraża pełnię naszej fizycznej, mentalnej i emocjonalnej egzystencji. Z drugiej strony widoczna w okresie dojrzewania, nieokiełznana jeszcze drapieżność seksualna, która przejawia się niekiedy, zwłaszcza na wsi, w związkach “zwierzęcych”, powinna również znaleźć swój wyraz literacki. Sądzę bowiem, że naszych mrocznych korzeni nie wolno ukrywać w podziemiach psychicznych. Trzeba szukać także subtelnych poetyckich środków wyrazu, by ujawniać najgłębsze tajemnice ludzkiej natury, by zrównoważyć mroczny pierwiastek obecnością światła. Czasem dążyć do symbolicznego, a więc poetyckiego przedstawianie sił mrocznych, zwierzęcych, jak uczyniłem na przykład w opowiadaniu “Puszysta” z tomu “Tańczący gronostaj”: “Ogierek rżał i wierzgał niespokojnie, tak jakby obawiał się pluszczącej o skarpę wysokiej fali na jeziorze. Dziewczyna muskała jego wilgotne chrapy, czyściutkie niby pszeniczny kłos, ale bułanek strzygł uszami i rżał cichuteńko podczas wieczornej kąpieli. Puszysta pławiła go jak rozbrykanego nagiego chłopca, spryskała wodą brzuch źrebaczka i szorowała mokrym wiechciem jego bułany grzbiet połyskujący w słonecznym smugowiu; wykąpanego wyprowadziła z migotliwej wody na piaszczystą skarpę. Bułanek był piękny jak baśniowy koń z opowieści o Szklanej Górze. Puszysta uklękła przed stojącym spokojnie źrebaczkiem i zaczęła głaskać jego brzuch pełen skrzących się kropel. Kiedy wyczuła ręką jakby leszczynowy pęd strzelający z listowia, opuściła się w jednej chwili na czworaki i wczołgała pod koński brzuch. Ujrzałem, jak ujęła w smagłe dłonie cieniusieńki jak łodyżka lisiczki, długi członek bułanka i całowała go wywiniętymi lekko, czereśniowymi wargami. Przymknąłem oczy. A jednak wciąż widziałem Puszystą i uderzającego prawym kopytkiem, zroszonego wodą i światłem Bułanka…”.

– W jednym ze swoich esejów z cyklu “Gra Iluzji” zamieszczonych w “Nurcie” zająłeś się kobiecością. Dlaczego ten, jak ją nazywasz, “osobliwie piękny kwiat” wyrasta tylko na bagnisku?

– “Żeńskość” w przeciwieństwie do męskości, którą określa pierwiastek solarny, manifestuje się zakorzenieniem w mroku, w pierwotnym bagnisku na dnie psychicznego podziemia, które łączy się już tylko z naturalną dynamiką biologiczną. Kobieta doświadcza rzeczywistości wyłącznie zmysłowo, poprzez swoją płeć. Ta bujna rozdygotana kobiecość wabi i odpycha na przemian, kusi i budzi niejasny lęk, ale nade wszystko wymusza adorację, instynktowny podziw, jak kwiat bagienny o nieznanym blasku i trującym zapachu. Kobiecość wsysa w siebie świat, także mężczyznę, tak jak grzęzawisko. Tak jak mężczyzna niesie światło życia, tak kobieta zasklepia wzrok błotnym pierwiastkiem śmierci.

– Czy można kochać więcej niż jedną kobietę?

– Z pewnością tak. Kiedyś kochałem dwie kobiety. Ta podwójna fascynacja pozwalała na wieczne odradzanie miłości, potęgowała uczucie i odnawiała je. Jakby spełnienie z jedną kobietą wzmagało natychmiast pożądanie drugiej. Z pozoru tylko były to dwie kobiety. W samej rzeczy stanowiły jedność, źródło kobiecości, żeńskiej energii, w której krynicy kąpałem się, uzyskując niewiarygodne poczucie szczęścia, fizycznej jedności z wszechświatem. Te dwie kobiety nie mogły jednak znieść myśli, że dzielą miłość, walczyły ze sobą, nienawidziły się. Zniszczyły miłość.

– Czy po dokonaniach Watasjany, autora “Kamasutry”, Boccaccia, po Petrarce, Prouście, Joysie można jeszcze w literaturze dodać coś nowego do tematu “miłość”?

– Na pewno. W przeciwnym razie należałoby złamać pióro i poświęcić się wyłącznie jodze snów. Trzeba jednak pełnokrwistego talentu pisarskiego, by ujawnić nie odkryte jeszcze obszary ludzkie zdominowane przez niezmierzoną i okrutną wszechwładzę instynktu seksualnego. trzeba pisać o własnych i cudzych obsesjach, penetrować mroki i wydobywać z nich relikty zwierzęcości, okrucieństwa, by pokazać całą prawdę o naturze człowieczej.

Tyle Marek Obarski :>

PINK NOT DEAD!

maurycy



Peter Melan Ex Libris Gernota Bluma

ROZKOSZNE ROKOKO



“Marie-Louise O’Murphy” by François Boucher (circa 1752)

Dear PINK’s

Dziś “na dzień dobry” plecy, ramiona i tyłeczek Marie-Louise O’Murphy w pozycji idealnej do całowania i zacałowywania 🙂 Zainteresowanych możliwością niewiarygodnego awansu społecznego, batutą jaką dla wybranek stało się arystokratyczne łoże odsyłam do “Dziwek w Historii” Nickie Roberts. Warto przyjrzeć się bliżej historiom Nell Gwynn, Jeanne-Antoinette Poisson, Catherine Walters czy Rose Alphonsine Plessis, żeby wymienić tylko kilka najsłynniejszych przypadków. Obszerną listę tych fascynujących kobiet znaleźć można w Wikipedii. Ja tymczasem chciałbym pokłonić się raz jeszcze rokokowemu malarstwu do którego nareszcie a niewątpliwie dorosłem 🙂 Po raz pierwszy na różowe salony pozwalam sobie wprowadzić Françoisa Bouchera, którego “nieodpowiedzialne”, buduarowe malarstwo jest przeuroczym hymnem na cześć rozkoszy. To zabawne i dziś dzień nieprawdopodobnie anachroniczne ale moje pierwsze spotkanie z “pornografią” odbyło się na poziomie malarstwa – dzięki ci mamo za serię znaczków z Paragwaja z reprodukcjami Rubensa, za zieloną teczkę pełną radzieckich reprodukcji kupowanych w empiku na których wypinały się, prężyły i przegniały Wenus i liczne Diany wyszłe spod pędzla słodkiego rzeźnika z Paryża. Fragonarda i jego cudną huśtaweczkę mieliśmy już na blogu pozwalam więc sobie na mniej znany “Souvenir” będący w moim odczuciu kwintesencją landrynkowego sentymentalizmu. Chwała smukłym nóżkom i paluszkom, pulchnym zadkom, jędrnym piersiątkom, różanym sutkom i usteczkom. Chwała Serduszkom 🙂 ❤ ❤ ❤

PINK NOT DEAD!

maurycy



“Souvenir” by Jean-Honoré_Fragonard (circa 1776-78)

Check Also:

PINK ROCOCO – Dominque Vivant de Non on PND! Blog