MODERN PINK

Take a chance for romance!





Kuba Woynarowski Gizela

Dear PINK’s

Kuba Woynarowski przysłał mi dziś linki do swojej wariacji z Lubiewa. Sprawiło mi to dużą przyjemność gdyż primo podoba mi się jego wrażliwość / kreska, secundo sam jestem hardkorowym fanem Modern Talking. Cheri, Cheri Lady zawsze kojarzyć mi się będzie z Elką o lisim pyszczku i Sylwestrem 1985 który przetańczyłem z nią na Szmulkach. Nomen omen zadawałem na nim szyku w pożyczonej różowej hawajce 🙂 A Ela wpadła mi w oko już dobry rok wcześniej, na suto zakrapianej bimbrem osiemnastce u kumpla z bloku – szczuplutka jak igiełka miała na sobie koronkową różową sukienkę co w połączeniu z czarnymi kabaretkami, czółenkami na dwa paseczki i blond trwałą dawało efekt iście piorunujcy (^-^) 

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

Dieter Bohlen in Pink

Dieter Bohlen Penile Fracture (German)

Cheri, Cheri Lady French SP

Juliusz Strachota, Kuba Woynarowski Żołnierze

Kuba Woynarowski The Story of Gardens

Unitra Mon Amour

PINK RIDE

A skądże to, jakże to, czemu tak gna?





Resbaladilla Rosa by Mark Alor Powell, Mexico DF, 2012

Dear PINK’s

Jardín Ramón López Velarde – por años mi mas cercano parque del barrio. Un verdadero parque DF-eño – algo rudo y bastante tropical a la vez. Quizás mas conocido por su bolas de concreto – abstracta escultura publica visible desde la Avenida Cuauhtémoc. Su Zona de juegos esta hecha a la antigua – con bastante concreto y algo de pintura. Tiene un indudable encanto. Destacan los montes artificiales salpicadas con piedras multicolor. En uno de sus extremos hay una cruda rampa de patinaje pulida por generaciones de niños con ganas de divertirse. El vendedor de refrescos instalado en su proximidad se vio bastante listo: renta charolas de plástico recicladas de cajas para papa – cinco pesos el tiempo ilimitado. El trineo sin nieve es una experiencia inolvidable. El otro día nos divertimos como enanos. Mañana tal vez vamos con Juli. Viva la ingeniosidad Mexicana!

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

PINK BONANZA

PINK RIDERS

W-wa Slide (1)

W-wa Slide (2)

PINK TEAM

Papá tu puedes estar en la cama y ver como destruyo la tierra.





Toxic Vater (me & Tol), Puerto Vallarta, Mexico, 2012; shot with help of Michał Gniłka

Dear PINK’s

Ucieczka do Puerto Vallarta. Cztery dni i cztery noce. W tle non-stop szum oceanu. Świty tu niewiarygodnie miękkie, horyzont rozpływa się łagodnie – powoli blednący róż uwalnia błękit. Fuzja bezmiarów jest optycznym faktem. Na pierwszym planie, w kontrze, sylwetki palm i tropikalnych drzew jak osiemnastowieczne wycinanki, kadry z Księcia Ahmeda. Ukrywamy się w majestatycznej, kilkopoziomowej willi. W salonie spokojnie zmieścił by się dinozaur. Gust tego domu nie jest dla mnie nowością lecz wiele czujnych a dziwnych detali cieszy tu oko: świece uwięzione w kulistych klatkach z kutego żelaza przypominają średniowieczne narzędzia tortur, na biurku plik rachunków przyciśnięty szklaną tarantulą – strzeże go wypchane popiersie kojota. Dziewiętnastowieczni galanci stroszą wąsy na portretach owalnych, czaszki szczerzą się pośród paproci. Właściciel tego templum, Ulisses idealnie personifikuje homeryckiego bohatera: piękny złoto-brody mężczyzna o umiarkowanie atletycznym, greckim ciele – oczy ma bardzo jasne, wąskie lecz kształtnie skrojone usta, (błąka się po nich przewrotny, lekko szyderczy uśmieszek) – mówi cicho i śpiewnie – jego dyskurs zwykle zaprawiony jest odrobiną ironii co tworzy całość szczególną lecz harmonijną. Jest człowiekiem subtelnym, o rozlicznych talentach lecz niczym rasowy arystokrata nie wykorzystuje tych darów w żadnym konkretnym celu. Cieniste patio na tyłach domu ożywia, przyklejona do kamiennego, porosłego mięsistym bluszczem muru, strzelista klatka z miniaturowymi brazylijskimi małpkami. Mają łebki wielkości orzechów włoskich i drobne, ostre jak igiełki, ząbki. Mieszkamy z Tolkiem w pokoju na najniższej kondygnacji. Na wprost ogromnego łóżka (można się w nim pogubić – toniemy w bieli, pośród lodowych kanionów poduszek) przeszklone drzwi; sufit pomalowano na szmaragdowy błękit – po południu, niczym pod mostem, tańczą po nim meandry światła odbite od tafli basenu – duch podwodnego świata wkrada się do sypialni. Trzy niebieskie tafle spotykają się w amfiladzie – wzrok ześlizguje się po suficie by przelecieć nad toksycznym turkusem basenu i zatonąć w srebrzysto szarym błękicie Pacyfiku. Somnabuliczna atmosfera sprzyja zapomnieniu. Przerywana jest od czasu do czasu przez kaskady perlistego śmiechu towarzyszące naszym wodnym igraszkom. Baraszkujemy z Michałem jak przerośnięte szczeniaki. Dziewczyny smażą się w słońcu. Tolek serwuje im wodne zastrzyki. Czytamy, śpimy, gramy, jemy, marzymy, delektujemy się rozkosznym lenistwem – to kradzione wakacje pod koniec meksykańskiej zimy.

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

PINK IRON

KING KONG PINK

Kokoro kara ding dong my King Kong!

Dear PINK’s

Napisałem ostatnio kilka tekstów – wszystkie nader osobiste a ten wyjątkowo – ponieważ aby go opublikować w prasie polskiej musiałbym wpierw dokonać absurdalnie brutalnej kastracji (a byłaby to rzeź niewiniątek) pozwalam sobie skorzystać z własnego forum. Na 8 marca wydaje się jak raz w sam raz 🙂 Vivat Dziewczyny!

Syndrom King Konga

Jako sześciolatek namiętnie rysowałem akty. Ołówkiem w zeszycie do słówek. Światło w pokoju całkiem wygaszone tylko radziecka lampka na telewizor w kształcie startującej rakiety paliła się na sekretarzyku. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że jest to artefakt falliczny. W ogóle nie wiele wiedziałem. Rysowane przeze mnie księżniczki były niesłychanie pokraczne i miały haczykowate nosy. Stały pod prysznicem albo siedziały na sedesie – tak daleko sięgała moja dziecinna wyobraźnia. Potem wydzierałem kartki i składałem w tutki. Najpierw trzymałem je w pudełku po cygarach “Prince Albert” a później w książeczce “Strzelba Zajączka”.

Karty z gołymi dziewczynami pamiętam od zawsze. Biedna była komunistyczna erotyka ale w latach 70 nie mogło ich zabraknąć. 52 obrazki. Jockery. Lepiej niż w Playboyu. No i w ogóle jakoś tak bardziej intymnie. Pod kołdrą można oglądać. Z latarką. Prawdziwy Sekret. Wróciły do mnie zimą 86. Wyjątkowo była paskudna: Na Krakowskim lodowata breja. Pałac zimny nie zimowy – czekałem w ASP na korekty. Do mojego profesora wpadła jedna z jego studentek. Konkretna sucz. Ładna nie była. Miała szare drogie wełniane palto, długie proste tlenione włosy, wyraźną przerwę między zębami, lekko opuchniętą twarz. Ociekała seksem. Opowiadała o tym jak wracała samolotem z wielkiego świata: z Londynu czy innego Paryża a koleś, który leciał obok niej układał sobie pasjansa “duńskimi” kartami. Tematem było robienie lodów. Ja byłem raczej nieśmiały ale rzecz była o stylu. I tak ją sobie zapamiętałem. Zmaterializowały mi się wtedy i do tej pory mam przed oczami mankiety ze złotymi spinkami, sygnet, wypielęgnowane ręce leniwie a ostentacyjnie pieszczące lubieżne obrazki. Obudził się we mnie wtedy po raz pierwszy wirtualny alfons.

Przez lata kolekcjonowałem erotyczne talie. Miłe, grzeczne: burleska, girlaski. Striptizerki z lat 50. Ciała nie z tego świata. Stożkowate cycki od Felliniego. Lubiłem. Lubiłem lubić. W pewnym momencie przestałem się dziwić. Później kupiłem jeszcze w Meksyku ogromne Royal Flushes ale dałem koledze – tak lepiej – teraz on ma wypieki i błyszczą mu oczy – odkrywa vintage erotica a ja uzupełniałem już tylko panoptikum. Wbrew pozorom rzadko zdarzają się te takie karty “naprawdę dla dorosłych”. Z ruchańskiem znaczy się. Kiedyś jeden taki pakiet zaraz po kupieniu wyrzuciłem do śmietnika – śmierdział meliną. Na zdjęciach ciała blade, twarze obojętnie nieszczęśliwe – nie mogłem tego znieść. Później długo nic. W końcu przyjaciel podarował mi dwie talie “Private” – nówki sztuki, późne lata 90, Pyramid i Hardcore – coś tam. Wyciągnąłem je na przyjęciu i uczyłem mojego szwagra biologa grać w chuja. Miał myślę konkretną frajdę. On sam profesor ale na uniwersytecie tego nie uczą.

W styczniu na Olimpii wpadła mi kolejna talia. Kupiłem od żulicy. Nie dała mi obejrzeć ale jak zobaczyłem, że jest bez pudełka, przewiązana zieloną wysmotruchaną “jedwabną” wstążką z kokardą to mi z miejsca serce pękło. Jeden z kolesi na obrazkach ma klasyczne więzienne dziary. Ma też tatuaż na chuju. Skromny ale zawsze nie byle co. Dziewczyny obrośnięte jak wilkołaki. Dają z siebie wszystko. Nie ma się z czego śmiać. Jednak coś w tym jest, w tym brudzie: Innocent until proved filthy.

Fantomy rozkoszy. Kalejdoskop pełen rozebranych kobiet. Gadżety: gałki do dźwigni biegów – takie mini akwaria z dziwkami: rozpusta w Maluchu i w Trabancie. Zapach Zachodu. Lubieżna woń. Plastik pachnący seksem. Breloczki, spinki do mankietów. Klisze ORWO – purpurowe ciała. Moja dziecinna buzia rozpłaszczona na szybie sklepu z pamiątkami w Krynicy Morskiej. Nos przyklejony do witryny. Chciałem mieć te wszystkie breloczki. Zapalniczki. Etui na zapałki. Plastikowe telewizorki. Trójwymiarowe pocztówki. Pożądałem ich. Sex w miniaturze. Chciałem Go Mieć. Cały Ten Sex. Zżerał mnie głód erotyki. Mało tego było. Niemal pustynia. Kupiłem breloczek, schowałem pod materacem – mama znalazła, uśmiechnęła się, oddała, powiedziała tylko żebym dobrze pilnował.

Każdy tatuś inżynier miał “świerszczyka” albo chociaż jakiegoś “playboja”: na półce za książkami, gdzieś na dnie szafy, w tapczanie. Skrzętnie poukrywane. Ja nie miałem tatusia. Ani inżyniera, ani w ogóle. Więc przyszedłem do mamy. Z mamą sztama – mądra mama. Powiedziałem, że tak i tak: że koledzy w podstawówce o “Playboyu” opowiadają i że ja też chcę. Mama zadzwoniła do wujka. Wujek miał wąsy, używane audi i zegarek dla płetwonurka co to go zawsze do szklanki z wodą na moje życzenie wkładał jak tylko siostrę-mamę wpadał odwiedzić. Wujek zabrał mnie do lasu ze psem biegać-brykać a potem do siebie do domu. Do bloku. Betonowego. W fotelu posadził, światło rokokowe zapalił, dwa francuskie pisemka kolorowe do oglądania dał a sam poszedł kawę sobie robić. Rumieńce mam do tej pory. “Oui” i “Lui” – oba dostałem, oba przepadły ale tych ciał, tych powłóczystych spojrzeń nigdy nie zapomnę. Ona była zimną blondynką jak Marlena Dietrich. Miała sweter z czerwonej włóczki w duże oka. Z japońską parasolką pławiła się w zbożu. A ta druga patrzyła jak sarna, takim piwnym mokrym leśnym okiem. Sarna na koturnach – ta piękna, najpiękniejsza.

W telewizji Elżbieta Dmoch tańczyła w przeźroczystej bluzce. A w kiosku straszyła “Karuzela”. Boże jakie to było ohydne. Satyryczne pismo dla robotników, dolna półka. Ale sutki tam były na niektórych rysunkach zaznaczane pod bluzkami. Więc jednak kusiło. Podobnie miałem z “Bajkami dla dorosłych” publikowanymi przez Janusza Christę w “Relaxie”. Wtedy poznałem co to jest dualizm. Obrzydzenie-pożądanie – na szczęście dziś już nie mam z tym problemu. W “Szpilkach” też momenty były. Mini komiks taki: Lucjan Leuwen – igraszki ze Stendhalem – bikolor czarno-czerwony. Pod czerwonymi muślinowymi sukienkami (corte princesa tzn. wysoki stan) rysowały się czarne trójkąciki – to prawie El Lissitzky: Krasnym Klinom Biełych Bij. Ale najpierw to znaczki widziałem z Paragwaju. W klaserze mamy. Rubens, Renoir.

Jestem anachronizmem! Wszystkim tym co ocalało z rozerotyzowanej niewinności: Raymondem Peynetem, Mają Berezowską! Na Miłość Boską Montresorze! Na miłość Boską… Po ojcu książka została o Pop Art-cie. A tam Tom Wesselmann. Ona w wannie. Wyciera się. Bez twarzy ale znowu ten bermudzki trójkąt magnetyzuje, że aż strach. Ciarki, dreszcze rozkoszne człowieka przechodzą. “Razem”, “Film”, “Ekran” – każdy akt był dobry. Venus polska i niepolska, nowa fala włoska – czarno białe, kolorowe – byle sutek rozświetlił duszę. Rozjechane kolory. Nie ma sprawy.

Składzik makulatury był perfekcyjnym terenem łowieckim. Polowało się tam na samochody i gołe baby. Gruby miął, zbijał w kule i wciskał pod sweter. Ja nie gniotłem, dmuchałem-chuchałem chociaż może też się trochę bałem – nauczycieli bo mama i babcia to raczej po słomianym łebku głaskały i wcale się nie gniewały. Babcia nawet długopis z rozbierającą się dziewczyną mi podarowała. Babcia Halinka. Mam jej zdjęcia golutkiej pośród brzeziny. Z 1936 roku. Dziadek Alfred jej robił. Miała wtedy osiemnaście lat. To jest coś. Dziękuję Życie. Dziadkowie. Rodzice.

Te zdjęcia z makulatury to się potem wklejało do zeszytu. Klej roślinny był okrutny: zdjęcia przemiękały, tworzyły się zacieki. Sztywna, krusząca się skorupa. Nigdy nie doszedłem do perfekcji ale po latach na bazarze trzy notatniki akademickie kupiłem takie, że mi w oczach pociemniało z miejsca. I to nie dla tego, że dziewczyny czy seks ale ta pieczołowitość wykonania, ta skrzętność, tkliwość mnie rozwaliła – to jest po prostu fundamentalne. Jak ktoś chce zrozumieć facetów powinien obejrzeć te “pamiętniki”. To jest niekończące się marzenie. Fascynacja. I żeby nie wiem jak prymitywne formy przybierała to zachwyt jest jednak jej podstawą. I to mnie zachwyca. We dream about pussy. We fly dreaming about it.

Jak byłem z dziadkiem w Ustce w sklepie z pamiątkami zobaczyłem gumowego King Konga, który ściskał w łapie nieforemną plastikową blondynkę. Dwie plamki czerwonej farby w miejsce sutek. O Matko! jak ja go chciałem mieć! Dziadek kupił mi innego z wężem – jak się uprzeć też erotyczna symbolika ale jednak nie to samo. Teraz mam kolekcję cudownych japońskich laleczek hentai. Perwersja, finezja, wdzięk wszystko w jednym. Ale tamtej koślawej figurki z polietylenowymi zaciekami nie zapomnę. Cierpię na syndrom King Konga.

Moim największym marzeniem w roku 1980 było to żeby tak na “Perskim” wszyscy zniknęli i żebym został tylko ja sam. A tam płyty Kissów i pisma z gołymi dziewczynami wszystkie dla mnie. Brać-wybierać. Gołe Baby. Gołe Panie. Dziewczyny bez majtek. Uwielbiam to.

PINK NOT DEAD!

maurycy



spinki do mankietów, circa 1974 via allegro

check also:

LOVELY PINK

LO RES PINK

One shoe can change your life 😉





The Lo Res Pumps by United Nude, Spring / Summer 2011

Dear PINK’s

It’s Cindrella time again! Let me introduce pink concept shoes by United Nude. Reduced number of polygons is a pretty simple but also pretty spectacular idea. The Lo Res is part of United Nude’s digital design revolution. Computer aided design cuts the smooth rubber surface like a diamond. With a removable strap and leather foot bed, these classy and comfortable pumps will become a girl’s new best friend. In 2012 collection there is transparent neon pink version of it but in this case I rather go for the bubblegum classic. True Eye Candy. Thanks Ef 🙂

PINK NOT DEAD!

maurycy

PS: talkin’ about plastic dreams I like pretty much Karim Rashid design for my favorite Brazillian brand Melissa.


check also:

PINK BLOW

PINK HEELS

HAPPY FEET

SZEMRANY RÓŻ

…Z socrealizmu, który rozważałem w łóżku, leniąc się rano, zaniosło mnie, nie wiem czemu, ku palcom Bogny. Są szkolne, jest na nich atrament. Niezbyt zadbane paznokcie. Są nieśmiałe i niezręczne, choć pełne ciekawości. Gdy otulają tę część, która rośnie tak, że za chwilę staje się całym mną, jest w nich wiedza, której nikt nikogo nie nauczy…



Bogna

Dear PINK’s

Zafundowałem sobie ostatnio powtórkę ze “Złego”. Zawsze lubiłem Tyrmanda ale dziś doceniam go chyba jeszcze bardziej niż lat temu dwadzieścia. Opis czeszącego się Meteora to majstersztyk – klasa sama w sobie, apasze z Koszyków mogą wzburzyć krew w każdej wrażliwej na dziką męską urodę istocie zaś inwokacje warszawskie zważywszy na fakt, że aktualnie znajduję się za oceanem a duszę mam konkretnie zrytą, działają na mnie wyjątkowo balsamicznie. Dziewczyn i kobiet u pana Leopolda też nie brakuje – rasowych do granic bólu niezależnie od wieku, proweniencji i konduity. Od dawna miałem ochotę wrzucić na różowe forum Bognę z “Dzienników” – cytowany na wstępie fragment* z miejsca rozłożył mnie na łopatki i wywołał rumieńce na mych młodzieńczych jagodach. Dziś jednak mimo iż Roma Leopard niewątpliwe trafia w mój gust jak posłane pewną ręką diabolo do celuloidowego kwiatu na strzelnicy serce moje należy niepodzielnie do Hawajki. Chwała zdzirom i nędznicom! Chwała szemranej wiośnie! Niech tych kilka różowych fragmentów będzie zachętą dla wszystkich, którzy bardziej lub mniej świadomie przeskoczyli Tyrmanda. Talentu ani wdzięku nie sposób mu odmówić. A tak w ogóle to czapki z głów obywatele stolicy! – nie ma drugiej takiej książki o Warszawie.

PINK NOT DEAD!

maurycy

Roma była cała w źle dobranych ciuchach; różowy cardigan w kolorze dziecięcej kołderki, droga, żółta apaszka na szyi oraz ciemnozielona spódnica dawały ten sam efekt, co pokrywające jej młodą, ładną i zmęczoną twarz piegi przy smoliście czarnych włosach.

str. 87

Kuba dotarł do bufetu i spojrzał natarczywie na dziewczynę. Była bardzo ładna i bardzo zajęta. Zwijała się szybko i sprawnie wśród wydawanych zakąsek, odpieczętowanych półlitrówek, rachunków i bonów, podrzucanych przez kelnera. Brudny, niegdyś biały fartuch opinał jej przepyszny biust, smagłe, pełne ramiona wychylały się z wysoko podkasanych rękawów. Miała smoliście czarne włosy, gładko ściągnięte do tyłu, ogromne, ciemne oczy i pełne, ślicznie skrojone wargi, na których gruba i tania szminka dawała efekt egzotyczny. Piękne brwi, pociągnięte grubo ołówkiem, i zdrowe, rumiane policzki niepotrzebnie podmalowane wywoływały ból w sercu na widok tego bezmyślnego niszczenia złą kosmetyką tak hojnie przez naturę rozsianych skarbów. — Hawajka — powiedziała do niej otyła jak klucha kasjerka o czerwonej twarzy, odziana w zdobną w falbanki suknię — krzyknij na Wieka, żeby dał nową beczkę. Tu już sama piana. — To mówiąc, wykręciła kran z pustej beczki. — Siostro — rzekł Kuba — niech mi pani naleje jednego haka i położy na czymś kawałek śledzia. — Hawajka spojrzała na Kubę, jakby go dopiero co zauważyła. — Tylko przy stoliku — powiedziała opryskliwie — przy bufecie się nie daje. — Ja wiem, że się nie daje — rzekł Kuba — ale, siostrzyczko, nie ma gdzie usiąść, a mnie jest bardzo potrzebna jedna wódka i dzwonko śledzia. — Daj panu — wtrąciła się kasjerka, patrząc na Kubę z niechęcią; chciała widocznie uniknąć uporczywej dyskusji, która jest żywiołem dla warszawskich alkoholików w takim stopniu, jak woda dla ryb. Kubuś nie mógł oderwać wzroku od dość szeroko rozchylonego wycięcia fartucha na piersiach Hawajki, gdzie widać było rąbek niezbyt czystej bielizny i skąd wynurzała się cudownej smukłości, gładka, smagła i mocna szyja. „Hawajka… — myślał Kubuś z upojeniem — jak pragnę zdrowia, prawdziwa Hawajka z ulicy Browarnej… Albo z nieco dalszego archipelagu. Z Tarchomińskiej… — Cudo!” Dziewczyna nalała Kubusiowi wódkę i podała śledzia na zapałce, po czym ostrym ruchem zmniejszyła swój dekolt obciągając fartuch. — Dlaczego? — jęknął Kubuś. — Dlaczego to pani uczyniła? Dlaczego wyrządza mi pani bolesną krzywdę w pierwszej minucie znajomości? — Wzrok ich zetknął się na ułamek sekundy i w czarnych oczach Hawajki zamigotała wesoła przychylność. — Śmieszny z pana człowiek — powiedziała, ukazując białe zęby w uśmiechu. — Pani nie z Warszawy, prawda? — spytał Kuba z galanterią, jakby pragnąc usłyszeć wreszcie o zamorskim pochodzeniu tej istoty. — Nie — odparła życzliwie Hawajka — z Mogielnicy. Zna pan? — Nie — rzekł Kubuś z żalem — niestety. Ale to nic — oświadczył z nagłą stanowczością — wybiorę się tam swoim szkunerem. Czy Mogielnica to atol, czy laguna? — Nic nie rozumiem — rzekła dziewczyna z uśmiechem. — Hawajka! — krzyknęła wrogo kluchowata kasjerka — teraz nie czas na flirty! — Po co ten krzyk, pani Lidio? — odparła z tupetem Hawajka. — Widzi pani przecież, że się robi. Co to — zwróciła się do Kubusia — porozmawiać nie wolno? Jestem na etacie, a nie jakieś tam popychle! — Słusznie — przytwierdził z zapałem Kubuś i wypił wódkę. — Widzę, że jest pani uświadomiona. Znaczy się, że Mogielnica jest laguną powiatową, a może i wyżej. — Nie pana czekoladowy interes! — rzekła z udaną opryskliwością Hawajka — nie widział go kto? Blondyn… Ledwie trzy minuty, a już o takich sprawach! Obchodzi go, czy jestem uświadomiona… — Roześmiała się i dodała: — A pan co za jeden? — Na imię mi Lulek — rzekł Kubuś — ładnie, co? — Po czym zwrócił się do kluchowatej w falbankach: — Pani jedna jest mnie w stanie zrozumieć, widzę to w wilgotnym błysku pani — oka. Czasami człowiek spojrzy tylko raz i wie nagle, że życie jego zaczęło się w tej właśnie chwili. No, nie? Niech pani powie, widzę, że ma pani duszę artystki! — Owszem — przyznała kluchowata — ma pan rację. Zdarzyło mi się parę razy coś takiego. Ale to było dawno — westchnęła. — Co dawno? — żachnął się Kuba — te parę lat się nie liczy. Słowo „dawno” nie istnieje we wspomnieniach. My to wiemy, prawda? — Prawda — uśmiechnęła się ciepło kluchowata. — On jest bardzo miły — powiedziała do Hawajki, wskazując Kubę wzrokiem; dziewczyna nie odrywała od Kubusia oczu. — Hawajka! — krzyknął ktoś zza kotary, z prawej strony — chodź po wódkę!

str. 223-224

Po chwili zjawiła się Hawajka, dźwigając w wyprężonych do dołu ramionach skrzynkę z wódką. Ustawiła ją na wieży innych skrzynek i stanęła za bufetem. — Hawajka! — krzyknął ktoś od stolika, przy którym siedział człowiek z akordeonem — nastaw płytę, artysta ma urlop! — Rzeczywiście, beżowa głowa harmonisty spoczywała bezwładnie na instrumencie. Hawajka wyjęła płytę spod bufetu i włączyła małego pioniera na adapterze. Z głośnika rozległo się tango: „Ja znam takie oczy rozwarte i duże, gdzie nieba swój lazur…”, przyjęte na sali z pełnym uznaniem i rozmaitymi przyśpiewkami w rytmie zawadiackich półeczek „Oj, radi, radi, rach, ciach, ciach…” Kuba westchnął. — Pani ma piękne oczy… — powiedział nabrzmiałym uczuciem tenorem. — Doprawdy? — uśmiechnęła się Hawajka; widać było, że deklaracja ta sprawiła jej żywą przyjemność. — Pan ma pięknego motylka — odwzajemniła się, wskazując na muszkę Kubusia. Kubuś bez słowa rozwiązał i zdjął muszkę z szyi. — Proszę — rzekł — niech pani sobie to weźmie. — A na co mi to? — obruszyła się nieco Hawajka, zaskoczona takim rozwojem sytuacji, co nie wpłynęło na sprawność w wydawaniu wódki zaaferowanemu kelnerowi i w odbieraniu odeń bonów. — Na pamiątkę dzisiejszego wieczoru… — rzekł z sentymentalną emfazą Kuba. — Da pani swemu chłopcu, żeby ładnie wyglądał… Tak bardzo pragnę w tej chwili, by radość mieszkała w pani sercu, że z chęcią będę upiększał pani chłopców, aby się pani bardziej podobali… Ma pani przecież chyba jakiegoś chłopca? — Mam — rzekła Hawajka, wyraźnie wzruszona taką wielkodusznością. — To poważny facet. Inny niż ci tu. Fachowiec — dodała z akcentem poufnych zwierzeń, nie przestając rozlewać piwa. — Fryzjer. Ale takich kolorów nie nosi — z żalem wskazała na muszkę. — Mimo to niech ją pani weźmie — nalegał Kubuś — skoro się pani podoba. Zrobi mi pani przyjemność, biorąc ją. Ten strzęp barwnego jedwabiu będzie od dziś jedyną więzią nas łączącą. Dla mnie urasta on do znaczenia symbolu… Zresztą mam zapasową. — Hawajka była poruszona mnóstwem tak pięknych słów; wytarła mokre od piwa ręce w fartuch, — pomyślała chwilę, po czym wzięła muszkę i wsunęła ją sobie za dekolt z wyzywającym uśmiechem. — Dziękuję — westchnął Kubuś; gest Hawajki wywołaj w nim dreszcz bolesnej rozkoszy. Wyjął z kieszeni nową, wiśniowo-perłową muszkę i zawiązał sobie wprawnie pod kołnierzykiem. — To było ładnie z pana strony — szepnęła Hawajka i Kubuś pomyślał, że aczkolwiek chyba nigdy nie zwycięży owego poważnego fryzjera, to przecież już stanowi dla tej dziewczyny jakąś zakazaną urodę życia. — Hawajka — rzekł gruby mężczyzna w okularach z grubego szkła i w czarnej oprawie, który pojawił się naraz obok dziewczyny — może byś się wzięła za robotę, nie? — A co? — prychnęła gniewnie Hawajka — brakuje coś panu, panie kierowniku? — Nie widział go kto, jaki ważny — wtrąciła się szyderczo kluchowata kasjerka. — Porozmawiać dziewczynie nie wolno? — Widać było, że szyderstwo to zaprawione jest samoudręką prawowitej małżonki, radującej się z klęsk niewiernego męża. Kuba spojrzał zaczepnie na kierownika, na jego byczy kark i ogromny nos. „Same mięśnie — pomyślał z troską — góra bicepsów, a na szczycie okulary. Klasyczny restaurator”. Rozumiał wszystko i był gotów do walki: poza grubymi soczewkami szkieł kierownika migotała wściekłość, ta zaś mogła pochodzić tylko z zazdrości, i Kuba poczuł, że dziewczyna znalazła w nim obrońcę przeciw obleśnym konkurom szefa. Ale Hawajka nie wyglądała na istotę potrzebującą pomocy, wobec czego Kuba rzekł z groźną uprzejmością: — Siostrzyczko, jeszcze jedną dużą wódkę dla mnie, dobrze? — Hawajka wyjęła litr, aby nalać, lecz kierownik rzekł opryskliwie: — Nie ma picia przy bufecie. — Co pan powie, panie Śliwka? — zdziwił się dość lekceważąco jakiś wychudły facet o ptasiej twarzy pod cyklistówką, pijący piwo z kufla wielkiego jak jego własna głowa. — Coś nowego… — dodał zaczepnie. — A w ogóle… Co pan od niej chce? Poflirtować z młodym blondynem nie wolno? Z kim ma flirtować? Z panem? — ostatnie słowa nosiły w sobie wyraźną kpinę, widocznie stali bywalcy baru „Słodycz” wiedzieli coś niecoś o lirycznej tragedii kierownika tej instytucji. Kluchowata kasjerka promieniała, widać było, że porażka szefa działa na nią kojąco jak balsam.

str. 225-226

— Kiedy zamykacie tę fabrykę wzruszeń? — zwrócił się Kubuś do milczącej Hawajki. Hawajka podniosła z wolna wzrok i ujrzała piwne oczy Kubusia tak promienne, wesołe i mądre, że coś w jej duszy spadło i klekotało długo, jak opuszczona na podłogę pokrywa od rondla. — O dwunastej — powiedziała cicho. — Doskonale — rzekł poważnie Kuba. — Zaczekam na ciebie i odprowadzę cię do domu. — Hawajka nie powiedziała nic. Wiedziała, że nic tu nie pomoże sprzeczka z tym chłopcem ani kłótnia z sobą samą.

str. 233

Wolniutko, sycąc się tą powolnością, jechał wzrokiem w górę, aż na czwarte piętro, do zdobnego w tani, gzymsowy tympanonik okna, tam w rogu, za którego pospolitą firanką rozciągało się długie, kiszkowate wnętrze jego, Kubusia, pokoju. W tym umeblowanym pokoju, pokoju przy rodzinie, brzydkim i wysokim, wśród stert leżących na stole i na podłodze książek, pod wiszącą na ścianie, zdobytą ongiś w turnieju juniorów parą bokserskich rękawic i pod fotoreporterskimi zdjęciami z różnych etapów jego kariery, na żelaznym łóżku, z głową wtuloną w jego, Kubusia, mizerną i twardą poduszkę, spoczywała jedyna na świecie istota obdarzona czarodziejską mocą, zdolną przemieniać ten wilgotny, ponury pokój w przecudną, tęczową grotę pachnącą ambrą najśliczniejszych przeżyć, pulsującą najdelikatniejszym, najbardziej upojnym ciepłem barwistej, młodzieńczej miłości. Siłą, ciągnąc niemal rękami głowę, oderwał wzrok od owego okna i powędrował w kierunku Puławskiej; za każdym razem jednak, gdy w wyobraźni jego ukazywała się ciemna głowa o rozrzuconych włosach na jego, Kubusia, taniej, kraciastej powłoczce, gdy pamięć jego odnajdywała po raz nie wiem który zapach gorącego, sennego oddechu, gdy odszukiwał z pasją i uporem w tej pamięci smak pełnych, czerwonych warg — wtedy eksplodowało coś słodko, tkliwie koło jego serca, jakieś doznanie rozsadzające, nienazwane kłębiło mu się w krtani i Kubuś podskakiwał jak oczadziały radością pierwszoklasista, który nie odrobił lekcji, przyszedł do szkoły, dowiedział się, że wszyscy nauczyciele zachorowali i że ma przed sobą cały wolny, wiosenny dzień.

str. 354

Ulica tonęła w słońcu. Był koniec kwietnia, dziewczęta jaśniały kolorami spódnic i obcisłych sweterków, na widok których twarze mężczyzn spinały się ambicją i wolą zwycięstw.

str. 244

wszystkie cytaty:

Lepold Tyrmand “Zły”
Czytelnik, Warszawa 1990

check also:

PINK LITERATURA POLSKA

PINK LITERATURA POLSKA 02

DARK PINK

* podziękowania dla Mirelki za odkopanie mi tego smakołyku (.づ☀‿☀)づ

PINK COLANI

The earth is round, all the heavenly bodies are round; they all move on round or elliptical orbits. This same image of circular globe-shaped mini worlds orbiting around each other follows us right down to the microcosmos. We are even aroused by round forms in species propagation related eroticism. Why should I join the straying mass who want to make everything angular? I am going to pursue Galileo Galilei’s philosophy: my world is also round.



Pink Sport Car C 112, Luigi Colani, 1970

Dear PINK’s

I never was a big fan of automobilism. The only vehicle I was ever really hot for is Lancia Stratos Zero designed by Marcello Gandini (responsible also for beautiful 1968 Alfa Romeo Carabo). Today I saw for the first time Luigi Colani‘s design for the pink aerodynamic race car – !WooOooW! – It seams like 1970 was the year (check also Ferrari Modulo). As far as I can understand it never been produced. Luigi Colani a german born swiss italian is a man who can be considered an eco-design guru, as already back in the 1960s, he was already campaigning for saving energy, reducing consumption and using alternative energy resources. Until now I knew only his famous Rotor House but I am keen to see and learn more about his designs and concepts. Chapeau bas Signore Colani.

PINK NOT DEAD!

maurycy



Pink Sport Car C 112, Luigi Colani, 1970; photo: Tom Vack



Pink Sport Car C 112, Luigi Colani, 1970; photo: Tom Vack

more pink cars under Auto-Moto category