TOTEM: 33% PINK



Totem my sculpture for Open’er 2012 festival.

Dear PINK’s

Open’er is On. Although I had pink temptations finally I went for tricolor option of my Totem – so it is formally only 33% pink but still 100% pink in it’s meaning 🙂 Below the statement. The full set of pictures can be seen at my flicker. Soon it will be expanded by the photos from the erection process. Last three days I spend at the big meadow surrounded by wind, sun and skylark’s chants. Two cranes, huge vivid blocks – that was real fun. I had excellent working team – Big Thanks to Andrzej, Grzesiek, Kuba, Kamil, Leszek & Leszek, Mariusz, Szczepan, Orzeł & Wojtek 🙂 Also big thanks to the Alter Art Team – specially to Bartek, Olga & Mikołaj for invite me, trust me & gave me another opportunity to play XXXL color 🙂

Today I am in Warsaw – my son just arrived from Mexico but from tomorrow until July 8th we will be at Gdynia – I want to show him my Joy Missile & breath a bit of music.

PINK NOT DEAD!

maurycy



Totem my sculpture for Open’er 2012 festival.

12 m high steel construction covered with painted alucobond. 16 t concrete fundament.

construction and montage: Andrzej Burchardt
surface and painting: Jakub Psuja
coordination: Grzegorz Olech
producer: Olga Smyczyńska

The Totem

 

Although I’m not a festival animal, and music occupies a marginal place in my life, I was thoroughly satisfied with the invitation to participate in Open’er – the context is utterly mine: a moment of celebration, adventure, fun, kicks. Young thus merciless, yet open-minded audience, verifying the potential of things and perceiving them as they actually are.
 

Executing an artistic intervention in this particular context was/is quite a challenge. The project must live up to the event scale – both its location: a bare meadow with no architectonic elements we can relate to in urban space, as well as the human sea, implying a visual chaos and a necessity to insure maximum safety of the projected installation. One thing was obvious for me from the very beginning: the work must be impressive and communicative in immediate way – the parallel musical performances, the core of the festival, leave no room for shyness. As Open’er takes place during the “Polish white nights”, the light couldn’t be the key part of the installation. I went for the color and the object.
 

I am interested in cultural function, perception and social dynamics of color: declarations and commitment it implies. The color in its vital aspect, defined as stimulant,  trigger of endorphins, happiness detonator, erotic appeal. In this sense, the installation in Gdynia continues my search within projects such as Pink Not Dead!, Eco Fever or Minimal Fetish. Once again, I went for the hypercolor: conspicuous, appealing, alarming, disturbing, banal yet unusual dayglo, and as the immortal neon rainbow is in again, there’s a chance of a dialogue with the contemporary, and I am far more attracted by the universality of codes than their sentimental aspect.

 
As it is known, despite the general inclination towards abundance, simplification and synthesis are important tools of communication for me. In this case, I assumed that excessive reduction would not be adequate and chose tricolor instead of monochrome. I also decided to break the obvious order of the neon palette and, apart from pink and lemon, add intense cobalt blue, making a reference to the conspicuous, over-pigmented International Klein Blue – my dream was to use this very color, yet, it has proven overly complicated from the technological point of view.
 

As far as the formal aspect is concerned, there is going to be another monumental erection. Not as overtly sexual as in case of the pink Obelisk, yet close to it. The references are more or less the same: an Asian stupa, a palace baluster, a chess figure, a stratospheric rocket. I wanted it to be a kind of Pleasure Missile. I hope that my “Totem” will become a sort of axis in this swaying, vibrating space, functioning as a visual reference point, where people will meet underneath, to the left or right of it. This project can also be regarded as another attempt to confront the subject of public sculpture, after Warsaw park neon (Lightspurt) and the aforementioned “Obelisk” in Poznan. I do not deny the need to commemorate heroism, suffering, martyrdom and glory, yet, those are obvious elements of Polish culture. I think it is high time for fruit trees to bloom at the graveyard. Building monuments to joy, beauty, pleasure, carelessness, a praise of (for?) the beauty of life has a deep meaning to me, not only in the particular cultural-historical context that determines Poland.
 

Native American totems sometimes reach as many as 50 metres high in the sky. Mine will be a little more modest – because of seagulls and planes, we limited it to 12 metres – I believe it will work anyway. A totem seems to be in place among the tents. Let it be a nod to the legend of noble Redskins, a cowboy film fantasy reigning in street stores still before the fall of the Communism, now definitely fading from the mainstream. At the same time, I wanted to break out of the ethnographic ghetto, hence the decision to apply a modern, geometric form.

Maurycy Gomulicki, Warsaw, June 2012



Totem, pink version – simulation, daylight

Totem

Mimo iż nie jestem zwierzem festiwalowym a muzyka w ogóle zajmuje pozycję nader peryferyjną w moim życiu z duża satysfakcją przyjąłem zaproszenie do udziału w Open’erze – kontekst jest zdecydowanie mój: moment celebracji, przygody, zabawy, frajdy. Publiczność młoda więc bezlitosna ale i świeża tak więc weryfikująca potencjały i postrzegająca rzeczy takimi jakie są.

Realizowanie interwencji artystycznej w tej konkretnej sytuacji było/jest nie małym wyzwaniem. Projekt musi wytrzymać skalę wydarzenia – mam tu na myśli tak jego lokalizację: szczere pole pozbawione elementów architektonicznych do jakich można się odnieść w przestrzeni miejskiej, jak i ludzkie morze implikujące wizualny chaos i konieczność zagwarantowania maksymalnego bezpieczeństwa proponowanej instalacji. Jedno było dla mnie od początku oczywiste praca musi być efektowna i czytelna w sposób natychmiastowy – prezentowane równolegle koncerty nie zostawiają miejsca na nieśmiałość. Ponieważ festiwal odbywa się w momencie kiedy mamy polskie białe noce światło nie mogło być podstawowym elementem realizacji. Zdecydowałem się na kolor i obiekt.

Interesuje mnie funkcja kulturowa, percepcja i społeczne dynamiki koloru – deklaracje i zobowiązania jakie implikuje. Kolor w jego aspekcie witalnym – rozumiany jako stymulant: wyzwalacz serotoniny, detonator radości, seksualny magnes. W tym sensie gdyńska realizacja kontynuuje moje poszukiwania widoczne w projektach takich jak Pink Not Dead!, Eco Fever czy Minimal Fetish. Po raz kolejny postawiłem na hiperkolor – krzykliwy, przyciągający, alarmujący, niepokojący, banalny a niezwykły day glow a że nieśmiertelna neonowa tęcza po raz kolejny wróciła do łask jest więc szansa na dialog z współczesnością a mnie uniwersalność kodów pociąga dużo bardziej niż ich aspekt sentymentalny.

Jak wiadomo mimo generalnego rozbuchania uproszczenie i synteza są dla mnie istotnymi narzędziami komunikatu. W tym wypadku uznałem, że przesadna redukcja nie była by adekwatna i w miejsce monochromu wybrałem tricolor. Postanowiłem też złamać oczywisty porządek neonowej gamy i obok różu i cytryny wprowadzić intensywny kobalt nawiązując do wściekłego potencjału przepigmentowanego International Klein Blue – marzyłbym o zastosowani tego właśnie koloru lecz niestety okazało się to zbyt skomplikowane technologicznie.

Jeżeli chodzi o aspekt formalny będziemy mieli kolejną monumentalną erekcję. Nie tak jednoznacznie seksualną jak w przypadku różowego Obelisku ale jednak bardzo mu bliską. Referencje są zasadniczo te same: azjatycka stupa, pałacowa tralka, figura szachowa, rakieta stratosferyczna. Chciałbym żeby był to swoisty Pleasure Missile. Mam nadzieję, że mój “Totem” wprowadzi swoisty porządek w tej rozkołysanej, rozwibrowanej przestrzeni – zafunkcjonuje jako punkt odniesienia – referencja wizualna, że ludzie będą umawiać się pod, na lewo i prawo od niego. Projekt można też potraktować jako kolejną po warszawskim neonie parkowym (Światłotrysk) i wspomnianym wcześniej poznańskim “Obelisku” próbą skonfrontowania się z tematem rzeźby publicznej. Nie neguję potrzeby upamiętniania bohaterstwa, cierpienia, męczeństwa i chwały ale martyrologia jest oczywistością naszej kultury. Myślę, że już czas, żeby na cmentarzu zakwitły owocowe drzewa. Wystawianie pomników radości, pięknu, przyjemności, beztrosce – pochwała urody życia ma dla mnie głęboki sens i to nie tylko w tym, konkretnym kontekście kulturowo-historycznym jaki determinuje Polskę.

Prawdziwe indiańskie totemy sięgały czasami aż na 50 metrów w niebo. Mój będzie nieco skromniejszy – w związku z bliskością lotniska musieliśmy się trzymać 12 metrowego limitu wysokości tak czy siak wierzę, że zadziała. Totem wydaje się być na miejscu pośród namiotów. Niech będzie jednocześnie ukłonem wobec legendy szlachetnych indiańców, westernowej fantazji, która powszechnie królował w kioskach jeszcze za czasów PRL-u a w tej chwili zdecydowanie blednie w mainstreamie. Chciałbym jednocześnie wyrwać się z etnograficznego rezerwatu – stąd decyzja na nowoczesną formę.

Maurycy Gomulicki, Warszawa, Czerwiec 2012



Totem, pink version – simulation, night

check also:

Video ABC

Obelisk

Lightspurt

Phantom

LE DEMI-PINK



Marcel Prévost w mundurze Politechniki w roku 1882

Dear PINK’s

Słoneczny żar się z nieba leje, makijaż się rozpuszcza, koronkowe majtki można wyżymać. Tym którym nie dane jest dziś pluskać się w rzeczce serwujemy pouczającą lekturę w sam raz do cienistego gabinetu. Mamy w menu kolejnego niesfornego francuza – na różowym blogu nie może zabraknąć nazwiska Prévost – tym razem nie chodzi jednak o słodkiego opata – ten deser zostawiam sobie na osobną okazję – proponuję poświęcić chwilę jego mniej znanemu, choć niezwykle popularnemu pod sam koniec XIX wieku, imiennikowi – autorowi bulwersującej paryską socjetę powieści Les Demi-vierges – Panu Marcelowi. Pozwalam sobie przytoczyć w całości jeden z jego nieco zwietrzałych lecz wciąż jadowitych kwiatuszków.

PINK NOT DEAD!

maurycy

Między nami panienkami

(Lucy i Mary znajdują się na operze, w małym saloniku w tyle loży. Obie w różowym tiulu, obie blondynki obie niespełna szesnastolatki.
Wystawiają Lohengrina.
Na przodzie loży siedzą mamy, w dyskretnych, nadzywczaj pojedyńczych tualetach i gawędzą z kilku starszymi jegomościami, których szanowny wygląd wyklucza z góry wszelkie podejrzenia flirtu.
Młode dziewczęta podchwytują od czasu do czasu jakąś nieszkodliwą uwagę o pogodzie, o influency, o tym lub owym wypadku śmierci itd.

Wolą przeto w swoim kąciku szeptać ze sobą i chichotać, przy czem tulą się i łąszą do siebie jak kotki).

LUCY

– Ach najdroższa. Twoja matka musi iść z tobą. Cóżbym ja poczęła na balu bez ciebie? I zaręczam ci, będziesz się bawić, jak nigdy w życiu. – Jest to prastary budynek z samymi zakamarkami, krętymi schodami i ciemnymi korytarzami. No a wiesz ty, te korytarze – takich w całym Paryżu już niema. Nie uwierzysz jakie zachwycające wyprawy i odkrycia robiłyśmy tam zeszłego roku. – A wreszcie i “On” tam będzie z pewnością. –

MARY

– A tak, jeżeli mu pozwolę. (Pauza) – Mówno, co wyście wyprawiały zeszłego roku w tych sławnych korytarzach?

LUCY

– No chodziło się tam i napowrót – parami naturalnie – i stawało się od czasu do czasu aby się przypatrzeć jakimś starym dywanom, gobelinom lub obrazom. A wtedy korzystali nasi kawalerowie z tej pomyślnej chwili, aby – – no, ty już rozumiesz.

MARY

– Straszna z ciebie kokietka, Lucy. Pozwalasz tym wszystkim młodym chłopcom na rzeczy, jakichbym ja nawet “Jemu” nie pozwoliła.

LUCY

– Mój Boże, robię jak drugie – nie lepiej i nie gorzej. Przesiedź na najbliższym balu kilka tańców, zamiast tańczyć wciąż jak opętana, według swojego zwyczaju; i przyglądnij się pojedynczym parom – ich twarzom i pozom – a odgadniesz zaraz, o co chodzi wszystkim, wierz mi, wszystkim. – Tak, iż często stawiam sobie pytanie: czy nasze matki są ślepe, czy też wogóle nie chcą widzieć?

MARY

– Dlaczego miałyby niechcieć widzieć?

LUCY

– No dlatego, aby nas jak najrychlej wydać za mąż.
(Pauza podczas, której obie rozważają tę ważną kwestyę).

MARY

– Ale powiedz, Lucy, – na co ty im właściwie pozwalasz?

LUCY (z uśmiechem).

– Komu?

MARY.

– No flirtom twoim, ma się rozumieć. Ty rozumiesz bardzo dobrze, co mam na myśli.

LUCY

– Zależy od tego jakim, ty głupiutka

MARY (niecierpliwie).

– Ach, jakaś ty czasem nieznośna! (Całują się). Chciałabym wiedzieć, co ty im właściwie pozwalasz, lub, aby wyraźniej powiedzieć – (Szuka odpowiednich słów i mówi potem cichutko, jakby wymazywała coś straszliwie nieprzyzwoitego)… tę r z e c z n a j g o r s z ą, na jaką kiedy pozwoliłaś ładnemu chłopcu?

LUCY

– Patrzcie, patrzcie jaka ciekawa! (Całują się znowu). A gdybym o to samo cię spytała?

MARY

– O to łatwo opowiedzieć. Przypominam sobie całkiem dokładnie, jak to było. Zeszłego roku w Villers, wieczorem. Poszliśmy po obiedzie na spacer: mama, wój Szymon, pani de Noisel i “On”.

LUCY

– Jaki “On”?

MARY (naiwnie).

– No, Henryk, naturalnie.

LUCY (ściska ją).

– Pyszna jesteś. Teraz musisz mi opowiedzieć, jakieście szkaradzieństwa mieli ze sobą.

MARY

– O nie, nie było między nami żadnych szkaradzieństw. – A więc: my szliśmy przodem, reszta towarzystwa dość daleko za nami… Znasz przecie drogę do Houlgate, co chwila zakręt; tak byliśmy właściwie całkiem sami. – Otóż, kiedyśmy znowu skręcili, nagle rzuciła się na nas krowa. Przelękłam się tak, że upadłam Henrykowi w ramiona – tak iż moja głowa znalaza się na jego piersiach. A potem przymknęłam oczy…

LUCY (dygocąc z niecierpliwości).

– I cóż…?

MARY

– No, Henryk, skorzystał tej sposobności aby mnie pocałować.

LUCY

– W usta?

MARY (pochyla głowę przytakująco).

– Czy uwierzysz, najdroższa, że przez całe trzy dni nie mogłam myśleć o niczem innem? Tylko wciąż, wciąż o tym pocałunku!

LUCY (w zamyśleniu).

–Tak, ze mną było pierwszy raz tak samo.

MARY

– Więc pozwalałaś się odtąd często całować?

LUCY

– Często? – nie. Ale, mój Boże, cóż wreszcie takiego jest na tem? Wiesz, ja pozwalam się całować ale zamykam przytem usta całkiem mocno i zaciskam wargi. – A ty?

MARY

– O ja… Pierwszy raz kiedy mi się to zdarzyło, nie myślałam w istocie całkiem o tem, aby zamknąć usta.

LUCY (zamyślona).

– Tak? – hm, hm.

(Pauza. Jeden ze starszych jegomościów opuszcza lożę. Przechodząc koło młodych dziewcząt, rzuca im kilka staroświeckich komplementów, ktore nie robią na nich żadnego wrażenia).

MARY

– Boże kochany, jacy to nudziaże ci starzy panowie! Tymczasem jest podobno wiele młodych ładnych kokietek, ktore lubią takich starców. Tak przynajmniej twierdzi Henryk. (Pauza). Ale tyś mi nie opowiedziała jeszcze tej n a j g o r s z e j r z e c z y, jakąś kiedy popełniłą z młodym chłopcem.

LUCY

– Ach idźże, cóż cię to interesuję?

MARY

– Powiedz mi, proszę cię.

LUCY

– No więc, ostatnim rzem na balu u Rodrigue’ów –

MARY

– Czy to ten dom z korytarzami?

LUCY

– Tak – było to właśnie w jednym z tych korytarzy. Staliśmy przed jakimś starym gobelinem –- mały d’Ambland i ja –

MARY

– Ten rudowłosy? – o, tego nie mogę znosić.

LUCY

– Mnie on się bardzo podoba. – Powiedział mi, że mam piękne ramiona. A potem udawał, że chce oglądać rękawki u mojego stanika; podniósł mi rękę trochę do góry i – (robi znaczący ruch).

MARY (chichocze jak zwaryowana).

– Mój Boże, jakie to komiczne! Musiało cię okropnie łaskotać?

LUCY

– Ach, gdzieżtam – odrobinę.

MARY (z błyszczącemi oczyma).

– Powiedz mi jeszcze jakie paskustwa z chłopcami.

LUCY

– Nie chcę; boję się, żebyś nie wypaplała innym.

MARY

– O, Lucy – wiesz przecie, że nigdy tego nie robię. Opowiedz-że mi – pauza zaraz się skończy.

LUCY

– Więc słuchaj – to było znowu z małym d’Ambland.

MARY

– To śmieszne – nigdybym nie posądziłą go o coś podbnego…

LUCY

– Gruboś się pomyliła. – Tym razem było to u nas – pewnego popołudnia. Przyniósł mi bilet do teatru na Miss Helyette. – Mamy nie było w domu; przyjęłam go w małym salonie. przez cały czas umizgał się do mnie i chciał mnie pocałować. Ale ja nie pozwalałam i śmialiśmy się oboje, że umrzeć. (waha się przez chwilę). W końcu kazałam mu iść precz. Kiedyśmy stali we drzwiach, klęknął przedemną – stałam tuż przy nim, myśląc,  że chce mi nogi wycałować, jak to nuż nieraz czynił.

MARY

– Uważaj, twoja matka podsłuchuje…

LUCY

– To źle – przysuń się bliżej do mnie. (Pochyla się ku Mary i szepta jej koniec opowiadania do ucha).

MARY (jak gromem rażona).

– Co?! – pod suknię?

LUCY

– Ależ naturalnie. A cóż ty myślisz? –– Lecz teraz chodź, mama nas woła.
(Wchodzą napowrót do loży. Orkiestra gra marsz weselny).

przełożył Bud Look
Kraków 1909
Nakładem księgarni Stefana Kavki
Drukarnia Aleksandra Rippera

Check also: DARK PINK

BRUTAL PINK

Przytul główkę moja mała i obciągnij kindybała…





Katarzyna Mirczak Znaki Specjalne #006

Dear PINK’s

If Anybody has in mind Damn Dam this Spring I would like cordially invite U to the Truly Raw Exhibition.

Brutal Ink
Polish Penitentiary Raw Tattoo
by Katarzyna Mirczak & Maurycy Gomulicki

19th May – 1st July 2012
Opening: Saturday May 19th at 17:00-19:00
Opening Speech at 17:30 by Henk Schiffmacher
Location: WM Gallery
Elandsgracht 35, 1016 TN Amsterdam tel: 020-421 11 13 fax: 020-639 19 31
Open Thursday to Saturday and every 1st Sunday of the month from 14 to18 hrs.
gallery@gallerywm.com
www.gallerywm.com

INK NOT DEAD!

maurycy

Anthropologists in Art proudly present Brutal Ink; an unique duo-exhibition of Polish raw tattoos by Maurycy Gomulicki and Katarzyna Mirczak. Both artists present two very different aspects of the little-known world of the Polish raw tattooing practice with their respective series – Gomulicki’s Dziary (Raw Tattoos) and Mirczak’s Znaki Specjalne (Special Signs). While tattooing is usually done with specially crafted tools and ink in the strictest of hygienic settings, raw or brutal tattoos are mostly done in situations where professional instruments are unavailable e.g. in prisons where the art of tattooing is generally prohibited. Although these tattoos can be extremely complicated and of high aesthetic quality, generally they are characterised by a monochrome design, and often carry particular symbolic or sentimental value for the bearer and their social, criminal or professional peers.

Both the series by Maurycy and Katarzyna have the limited visual accessibility for the ordinary public in common. Beside the considerable artistic merit, that both series harbour individually, together they possess an inherent voyeuristic and anthropological sensibility of this oftentimes misunderstood creative practice.

Mirczak’s series (Znaki Specjalne – Special Signs) of 25 photographs features glass jars containing pieces of tattooed flesh and skin, perfectly preserved in formaldehyde; the oldest dating back to 1875. Some are the only traces left of long-forgotten sailors and soldiers. Most, however, are of deceased prisoners posthumously dissected. This beautifully photographed series undoubtedly imparts an ambivalent feeling to the viewer, both that of revulsion and attraction.

Most of the people documented by Gomulicki have been incarcerated at some point or other (especially in the period 1950-1980) and were tattooed whilst in the Polish penitentiary system. Sentiment and humour prevail, although here and there tattoos of stars, epaulettes and symbols signify a secret language of the various prisons. However, the most popular designs are those of women, pop-cultural expressions (a large back-tattoo of John Travolta and Olivia Newton John is unforgettable) and lyrical one-liners. In all, the darker side of life is clearly visible on these weathered bodies, ravaged by alcohol, time and a jumble of old scars that criss-cross the human canvas.

Brutal Ink’ is part of the programming of the International Photography Biënnale: 16th May – 1st July 2012. WM Gallery is proud to be the official represent of Poland and Polish contemporary art during GRID 2012.

Gdy pobierzesz krew rzetelnie to wyliżę ci patelnię.



Maurycy Gomulicki Zbyszek_4439, Białystok, Poland, May 2011

The Rivers of Ink

I wear a dozen drawings on my body. As an 11 year old boy, I would read, ears burning, Bradbury’s “Illustrated Man” – but a few years ago, when a friend of mine Piotr Rypson suggested that I could take up documenting the generation of Git-Men* at first my reaction was half-hearted. I regarded photographing tattoos as a quite obvious thing to do – the market is filled to the brim with glossy magazines dedicated to skin designs and patterns; I used to associate taking portraits of old lags with the sepia toned photography of the 90s, which, to put it mildly, doesn’t fill me with wild enthusiasm. But life, as usual, has run its course. My current adventure with tats was detonated when I encountered a sailor in the spring of 2007. I was walking back home from the Hel Peninsula beach, it was rather chilly, I was in the middle of pouring sand out of my shoes, when I saw an incredibly crooked whale adorning a burly forearm just before my eyes. It was love at first sight. Since that moment, I’ve reacted to the slightest trace of dead blue pigment showing from under a cuff just as Euglena reacts to light. I scan the world around me in search of ink.
I’ve been devoted to anthropology of pop culture for many years now – I record hundreds of bizarre mutations, scattered around the universe of plastic, rubber or concrete. I’m continually learning beauty from scratch. My fascinations involve post-folk and neo-primitivism. Pop, regardless of its numerous flaws, has one fundamental virtue – there’s no place for anything insipid, only the real potentials can pass the trial by fire. Tattoos hold a special position in this context – inks are not ephemeral like the majority of cheap mass market Chinese polyethylene wonders or video flicks. There’s nothing impermanent to them, unless of course we consider our biological existence as such. Tattoos are forever, even those done completely mindlessly. Only the few of those inked, tormented by horrible nightmares writhing over their bodies, reach for radical measures to remove them, with saltpeter or pumice, or cover the whole areas of skin with an inked over “night”, however, the marks will always remain.
I love crude drawings, their raw expression. That said, I don’t downgrade the artistic tattoo, but there’s an unbelievable weight of authenticity in the scribbles made only with needles tied with a thread. Fantasies and hopes manifest themselves in such tattoos in a very convincing manner. I am deeply moved by dreams of adventures, deep-sea voyages, exotic paradises that spin in the courtyard, near a carpet-beating stand, at a prison cell, or in a military unit. Pictures created under the influence of some internal imperative, sincere even when they pretend, are loaded with power. Their potential is further amplified by the ostentatious disrespect for sacrum – some of the bodies are scribbled all over like walls in a public toilet. Not without reason, prison inks are sometimes called “dirty drafts”. It’s magma in which only the absolutely basic thoughts and feelings bubble: Hatred and Revenge. First Love, Great Inseparable Love, Ann, Kate, Sarah. I Love Freedom, Ladies Only, Beware Whom You Trust – all genuine declarations, credo, professions of faith – the rest is just superfluous.
At first, I used to seek only what is the simplest, the most rudimentary; as time passed I started to register refined cases of homemade inks as well. My bestiary, has been dominated by criminals, it wasn’t a conscious decision – spontaneous acts of visual naughtiness fascinate me regardless of their origin, but the bearers are often ashamed of the mistakes of their youth. It turned out that the hardest thing is to make the owner of one lopsided heart or anchor let it be photographed. On the other hand, recidivists are in most of the cases reconciled with the stories of their life – shame gets replaced with pride, a natural decision, as it seems. The blokes who experienced 15+ year long sentences have the least qualms about unbuttoning their shirts, dropping trousers – showing their backs, shoulders, thighs, calves adorned with hieroglyphs. Polish criminal tattoo is far less impressive than the Gulag tattoos catalogued by Bladaev, yet Poland is a small country in comparison with the Russia, so there’s less criminals and the maximum security prisons are smaller, however terrible as well.
In the whole process, a peculiar experience was to cross a certain boundary of contact, the taboo of physicality – many times while taking photos I had to touch the hands that stole, harmed or killed and turn them to better light, the fact that my purpose was clearly defined certainly helped: I’m trying to build an archive of a specific era, of culture which is perpetually changing, despite the fact that some of the motives that are characteristic to it are going to stay universal forever. Together with the social acceptance of decorative tattoo the clumsy brutal pictograms are in decline. The osmosis between the prison and freedom tattoo is getting more and more visible. My heroes seem to understand this fact, they know what Oldschool means and this identity fills them with pride. As for myself, what they get from me is respect – even if their deeds need to be condemned, their uncompromising nature deserves it. Rivers of ink have hollowed these bodies out. The story of their lives is written in pictograms on their own skin. It’s the History of Art as well – vanitas vanitatum, but at the same time expressionism in its purest form.
Maurycy Gomulicki, February 2012, Mexico DF

* members of a 1970s Polish subculture inspired by the criminal underworld



Maurycy Gomulicki Marian_5892, Wola, Warszawa, August 2010

Kobieta – zabawka do łóżka



Katarzyna Mirczak Znaki Specjalne #017

check also:

PINK INK

PRISON PINK

DZIARY (BRUTAL TATTOO) Set at My Flickr

PINK WINDOW

Every beloved object is the center point of a paradise.





Aquarium, german lithography at greyherbert’s flickr stream

Dear PINK’s

Opublikowałem ostatnio dwa felietony w “Zwierciadle” (kwiecień – Iluminatory, maj – Megamiasto). Pierwszy z nich poświęcony jest mojej młodzieńczej akwariowej przygodzie – ponieważ rzecz jest o raju pozwalam ją sobie przywołać na różowym forum.

Iluminatory

Pierwsze akwarium miałem już jako konkretny brzdąc. Falowały w nim wstążki trawy wodnej, buszowały ceglastoczerwone mieczyki, pręgowane danio, pstre gupiki – przedszkolny standard. Rybki się mnożyły, małe czarne kuleczki wpatrywały się we mnie spomiędzy zielonych wodorostów, moja kotka Szarusia namiętnie mieszała w nim pręgowaną łapą.
Temat powrócił, kiedy miałem lat mniej więcej jedenaście. Wczesne lata 80. Słuchaliśmy już w tedy Kiss-ów, czytaliśmy Lema, po kątach z płonącymi uszami oglądaliśmy “plajboje”, ale, mimo iż tacy “dorośli”, byliśmy wciąż dzieckiem podszyci i wodne mikro-światy doskonale wpisywały się w naszą naturalną potrzebę fantazji. Byliśmy hodowcami. Ja miałem słabość do kolorowej drobnicy i do potworów. Migocząca chmura neonków rozświetlała wodną toń, w okolicy dna kłębiły się stwory rodem z koszmarnych wizji Lovecrafta: glonojady, Loricarie, kirysy i kiryśniki. Moim największym marzeniem były wtedy cierniooczki Kuhla. Drobne, niesamowicie barwne piskorki o pyszczkach jak wąsate żelazka: pomarańczowe i czarne pierścienie wywoływały w moim słomianym łebku wizje tropikalnych cudów Jawy i Sumatry. Znałem je jednak głównie z kupowanych w ośrodku NRD książek. Podobnie jak czarne, czerwono-ogoniaste Labeo i sumiki szkliste – niepojęte żywe szkieleciki, były wtedy praktycznie niedostępne na polskim rynku.
Miałem obsesje roślin – do moich ukochanych należały wodny mech i paprocie: plamiste Microzorium i czarna, niezwykle wolno rosnąca elegantka – Bolbitis. Do dziś dostaję gęsiej skórki na dźwięk tych nazw. Moim idolem był Bogusław Ziarko – pierwszy człowiek, który wprowadził do Polski koncept akwariów holenderskich – horyzont roślinny wypełniał szczelnie tło w tych “barokowych” zbiornikach. To dopiero była bajka. Jego malutki, do dziś istniejący sklepik przy warszawskich sądach był prawdziwą mekką mojego dzieciństwa. Chodziło się tam nie tyle po to, żeby coś kupić, ile żeby podziwiać jego zielone uniwersum.
Doroczne wystawy akwarystyczne w Pałacu Młodzieży budziły nasz niepohamowany entuzjazm. Ziarko regularnie dostawał medale za swoje akwaria. Spotykaliśmy tam też innych “prawdziwych” akwarystów. Najlepiej pamiętam pewnego muzyka z filharmonii, którego odwiedzaliśmy w bloku przy Klaudyny. Jak każdy, miał tylko dwa pokoje: w jednym mieszkał wraz z żoną i dzieckiem, w drugim w zielonym półmroku trzymał bojownki, glonojady i złociste king kobry – ozdobione labiryntami łusek albinotyczne gupiki ciągnące za sobą “gigantyczne” wachlarze rdzawych ogonów kilkakrotnie przekraczające długość ich mikroskopijnych ciałek. Było coś uroczego w tym międzypokoleniowym porozumieniu, w poważnych rozmowach, jakie 40-letni mężczyźni toczyli z pętakami. Dorośli hodowcy byli naszymi bohaterami, choć relacje te nie były bezbolesne: gdy pewnego razu zobaczyłem jednego z nich ubranego – o zgrozo! – w fioletowy bistorowy garnitur o mało nie spaliłem się ze wstydu przed chłopakami.
Inne charakterystyczne postaci, które zniknęły już właściwie z warszawskiego pejzażu to sezonowi poławiacze dafni. Było coś hipnotycznego w tych zakutych w prochowce starszych panach, którzy stawiali swoje wytarte skórzane aktówki na brzegach stawów i glinianek, by później godzinami z namaszczeniem wodzić w mętnej toni siatką zrobioną z pończochy. Zimą po żywy pokarm jeździło się na Pragę. Stalowa, Szwedzka – dla mnie, chłopaka z Żoliborza, były to ekspedycje do zaginonego świata. Graliśmy wtedy namiętnie w pokera – przegrany musiał przywieźć Tubifex dla całej bandy. W lutym była to niezła katorga – zawsze jednak ktoś z kumpli dotrzymywał skazańcowi towarzystwa w tej odpowiedzialnej misji.
Żwirek do akwariów kradliśmy z warszawskich filtrów – piasek był dla frajerów. Skok przez mur, czołganie się na brzuchu, przypadanie do ziemi z bijącym sercem na widok przejeżdżającego meleksa. A potem dzika frajda, kiedy pękający w szwach “zetempowski” plecak mamy znalazł się już bezpiecznie po drugiej stronie ogrodzenia. Ucieczka z oflagu, szemrana historia – “Boso, ale w ostrogach” w naszym szczeniackim wydaniu.
Najważniejsze i najpiękniejsze jednak były wyprawy na giełdę pod Mostem Poniatowskiego – przez  listopadowe mroki, brudnym tramwajem, w którym tliła się co trzecia żarówka. U kresu nocy czekała eksplozja koloru: ogrzewane błękitnym płomieniem pastylek spirytusowych akwaria stojące na maskach fiatów i trabantów. Pożoga tęcz: żywe klejnoty, obiekty pożądania. We łbie wirowało mi od egzotycznych nazw: Jawa, Sumatra, Borneo – Boże, jak ja chciałem się tam kiedyś znaleźć – brodzić z siatką w leniwym nurcie azjatyckich rzek.
Już jako człowiek dorosły wielokrotnie myślałem, że nie przez przypadek głównym akwarystycznym ośrodkiem PRL był Śląsk. Chorzów, Katowice – doskonale wyobrażam sobie te bure miasta, pokryte węglowym pyłem szyby. Zwalistych, znużonych facetów, którzy po powrocie do domu siadają w fotelach przy akwariach. Ich zmięte koszule, filcowe kapcie, spowite dymem z Extra Mocnych twarze wpatrzone w pulsującą kolorem zieleń. Kapitan Nemo nie miał fajniej w swoim Nautilusie. To były prostokątne iluminatory – okna w szarości z widokiem na tropikalny raj.
Maurycy Gomulicki, luty, 2012, Mexico DF

PINK NOT DEAD!

maurycy



Aquarium, vintage illustration at alexday58’s flickr stream

check also:

Pink Aquarium

Beautiful 1680 liters aquarium

GREEN PINK



Pink Fish, John Harvey, Hong Kong, 2009

PINK ELEPHANT

Girls, girls! Listen! Have I got a trunk full of dirt?





ELEFANTE_ROSA, MG, 2012

Dear PINK’s

Public sculpture in a children playground in one of Mexico City parks. Part of wider series of different animals. 60’s I guess – we published several images of them in ABCDF – Visual Dictionary of Mexico City – I will try to check exact data on it but unfortunately I don’t have copy at hand right now. Recently the whole playground at Pushkin Park was repainted and the elefant turned pink to my delight 🙂

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

Frank Kozik‘s Dr. Bomb (pink version)

Waliszewska: Różowy słoń z książki Sergiusza Piaseckiego “Bogom nocy równi”

PINK TEAM

Papá tu puedes estar en la cama y ver como destruyo la tierra.





Toxic Vater (me & Tol), Puerto Vallarta, Mexico, 2012; shot with help of Michał Gniłka

Dear PINK’s

Ucieczka do Puerto Vallarta. Cztery dni i cztery noce. W tle non-stop szum oceanu. Świty tu niewiarygodnie miękkie, horyzont rozpływa się łagodnie – powoli blednący róż uwalnia błękit. Fuzja bezmiarów jest optycznym faktem. Na pierwszym planie, w kontrze, sylwetki palm i tropikalnych drzew jak osiemnastowieczne wycinanki, kadry z Księcia Ahmeda. Ukrywamy się w majestatycznej, kilkopoziomowej willi. W salonie spokojnie zmieścił by się dinozaur. Gust tego domu nie jest dla mnie nowością lecz wiele czujnych a dziwnych detali cieszy tu oko: świece uwięzione w kulistych klatkach z kutego żelaza przypominają średniowieczne narzędzia tortur, na biurku plik rachunków przyciśnięty szklaną tarantulą – strzeże go wypchane popiersie kojota. Dziewiętnastowieczni galanci stroszą wąsy na portretach owalnych, czaszki szczerzą się pośród paproci. Właściciel tego templum, Ulisses idealnie personifikuje homeryckiego bohatera: piękny złoto-brody mężczyzna o umiarkowanie atletycznym, greckim ciele – oczy ma bardzo jasne, wąskie lecz kształtnie skrojone usta, (błąka się po nich przewrotny, lekko szyderczy uśmieszek) – mówi cicho i śpiewnie – jego dyskurs zwykle zaprawiony jest odrobiną ironii co tworzy całość szczególną lecz harmonijną. Jest człowiekiem subtelnym, o rozlicznych talentach lecz niczym rasowy arystokrata nie wykorzystuje tych darów w żadnym konkretnym celu. Cieniste patio na tyłach domu ożywia, przyklejona do kamiennego, porosłego mięsistym bluszczem muru, strzelista klatka z miniaturowymi brazylijskimi małpkami. Mają łebki wielkości orzechów włoskich i drobne, ostre jak igiełki, ząbki. Mieszkamy z Tolkiem w pokoju na najniższej kondygnacji. Na wprost ogromnego łóżka (można się w nim pogubić – toniemy w bieli, pośród lodowych kanionów poduszek) przeszklone drzwi; sufit pomalowano na szmaragdowy błękit – po południu, niczym pod mostem, tańczą po nim meandry światła odbite od tafli basenu – duch podwodnego świata wkrada się do sypialni. Trzy niebieskie tafle spotykają się w amfiladzie – wzrok ześlizguje się po suficie by przelecieć nad toksycznym turkusem basenu i zatonąć w srebrzysto szarym błękicie Pacyfiku. Somnabuliczna atmosfera sprzyja zapomnieniu. Przerywana jest od czasu do czasu przez kaskady perlistego śmiechu towarzyszące naszym wodnym igraszkom. Baraszkujemy z Michałem jak przerośnięte szczeniaki. Dziewczyny smażą się w słońcu. Tolek serwuje im wodne zastrzyki. Czytamy, śpimy, gramy, jemy, marzymy, delektujemy się rozkosznym lenistwem – to kradzione wakacje pod koniec meksykańskiej zimy.

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

PINK IRON

PINK LENDEMAIN

Nasze dusze spotkały się, nasze dusze się pomnażały, z każdego pocałunku rodziła się nowa.



Dominique Vivant Denon, miniature ovale sur ivoire, 1786 (141 x 121 mm) by Pierre Adolphe Hall

via Eloge de l’Art

Dear PINK’s

Czytam dziś “Chwilę ulotną” (“Point de lendemain”, 1777) Dominika Vivant Denon. Istoty realnie zainteresowane Kulturą Rozkoszy zapraszam na pół godziny intensywnego Rokoka – Królikarnia, ul. Puławska 113a, Warszawa, 30 IX 2011, godz. 18.00

PINK NOT DEAD!

maurycy



Point de lendemain ou la nuit merveilleuse – french edition, 1957 via artvalue

Check Also:

PINK ROCOCO

PINK SANCTUARY

SANCTUARIO

SWEET CLOUD

L’été est mort, vive l’été!



Pink Cloud photographer unknown

Dear PINK’s

Wczoraj zbieraliśmy z Tolkiem kasztany na Powązkach. Świetnie ale po raz pierwszy nie czuję się gotowy na Jesień. Ten niekończący się polski monsun łaskawy był dla miejskiej zieleni ale dla dusz jednak nieco zbyt okrutny. Nie było lata. Jesień szła od wiosny / Jak ziąb – od wody, jak od dzwonu kręgi… Po śmierci chciałbym zamienić się w gorący wiatr, rozwiewać dziewczynom sukienki, łaskotać im uda, buszować we włosach. Niech żyje Lato!

PINK NOT DEAD!

maurycy

check also:

PINK COTTON

CANDY CRITIC

Girls just wanna have fun